środa, 24 grudnia 2014

Na kogo czekamy?

Który obrazek bardziej kojarzy Wam się z Jezusem?

Mamy święta Bożego Narodzenia więc na wszystkich obrazkach oglądamy małego niewinnego noworodka ze złotą aureolą. I ok, pewnie gdy Jezus urodził się w Betlejem mniej-więcej tak wyglądał (co prawda nie wydaje mi się, żeby miał aureolę nad głową, ale to tylko mały szczegół).

Święta oprócz tego, że są okazją do przypomnienia sobie Jego pierwszego przyjścia na Ziemię, skłaniają do refleksji nad Jego drugim przyjściem które dopiero nastąpi. Ale czy wtedy Jezus też przyjdzie jako mały dzidziuś? Oj nie. On już dorósł! Wtedy Jego przyjście będzie zupełnie inne.
"Ludzie omdlewać będą z trwogi w oczekiwaniu tych rzeczy, które przyjdą na świat, bo moce niebios poruszą się. I wówczas ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego w obłoku z mocą i wielką chwałą." Łk 21,26.27
"Wtedy niebiosa z trzaskiem przeminą, a żywioły rozpalone stopnieją, ziemia i dzieła ludzkie na niej spłoną." 2 Pio 3,10b
"Sami bowiem dokładnie wiecie, iż dzień Pański przyjdzie jak złodziej w nocy. Gdy mówić będą: Pokój i bezpieczeństwo, wtedy przyjdzie na nich nagła zagłada, jak bóle na kobietę brzemienną, i nie umkną." 1 Tes 5,2.3
Powtórne przyjście Jezusa to już nie będzie cicha stajenka, pasterze i zwierzątka. To będzie ostateczna bitwa. Zniszczenie szatana, osądzenie ludzi, którzy Mu nie zaufali... oj, będzie się działo...

Czy dla wszystkich ten dzień będzie przerażający? Nie.
"A gdy się to zacznie dziać, wyprostujcie się i podnieście głowy swoje, gdyż zbliża się odkupienie wasze." Łk 21,28
A jaka jest Twoja reakcja na myśl o tym dniu? "Omdlewasz z trwogi w oczekiwaniu tych rzeczy"? Czy "prostujesz się i podnosisz swoją głowę, gdyż zbliża się Twoje odkupienie"? 

Co jest sportem?

Dziś rozkmina na temat sportu :)

Czy sporty walki, jak np. MMA, możemy nazwać sportem? A poker? A co z grami komputerowymi i tzw. e-sportem?
Od pierwszej gali KSW (sporty walki) transmitowanej na otwartym kanale polsatu oglądałem wszystkie kolejne gale. Nie raz, nie dwa i nie trzy dyskutowałem z moją mamą czy możemy nazwać to sportem, czy jest to po prostu bezduszna bijatyka. Nie tak dawno oglądałem też w telewizji finał w CS:GO (gra komputerowa - strzelanka). Postanowiłem spisać z tego rozkminę na bloga.

1. MMA

A więc zacznijmy od sportów walki. Jeśli uważasz, że to "mordobicie" nie można nazywać sportem ze względu na brutalność, kontuzje i cel walki, chciałem zadać Ci kilka pytań:

1. Czy piłka ręczna to jest według Ciebie sport? Podczas gdy drużyna jest w obronie, zawodnicy starają się uniemożliwić przeciwnikom oddanie rzutu na bramkę. Wypychają ich, przytrzymują, często powalają na ziemię. Czy jest to sport?

2. Jeśli tak, to czy futbol amerykański jest według Ciebie sportem? Wszyscy zawodnicy mają kaski i wielkie ochraniacze, dlatego, że gdy drużyna wprowadza piłkę do gry zawodnicy starają się w wypchnąć przeciwników, a ci z kolei (dosłownie) rzucić się na zawodnika trzymającego piłkę i powalić go na ziemię. Czy jest to sport?

3. Jeśli tak, to czy sumo jest według Ciebie sportem? W tej dyscyplinie zawodnik musi wypchnąć przeciwnika poza koło, lub powalić go na ziemię. Czy jest to sport?

4. Jeśli tak, to czy np. judo jest według Ciebie sportem? Nie znam się za bardzo na tej dyscyplinie, ale z tego co oglądałem w telewizji podczas olimpiady, tam też chodzi o to, by rzucić przeciwnika na ziemię. Czy jest to sport?

5.  Jeśli tak, to czy MMA nie jest sportem?

Niektórzy ludzie mówią, że w MMA chodzi o to, żeby tak przeciwnika pobić, żeby tamten nie potrafił wstać. Ale to nieprawda!!! W MMA chodzi o to, żeby zdobyć więcej punktów niż przeciwnik. Punkty zdobywa się za uderzenie przeciwnika, lub przewrócenie go na ziemię (Fachowo nazywa się to "obalenie" :D ). Można też wygrać w inny sposób. Jeśli przeciwnik zdecyduje się poddać (może to zrobić np. uderzając 3 razy ręką o ring) wtedy walka jest natychmiast przerywana, a zawodnikom (jeśli jest taka potrzeba) udzielana jest pomoc medyczna.

6. Uważasz, że zawodnicy w MMA kierują się przemocą i dążą do tego by jak najmocniej pobić przeciwnika? Bzdura! Obejrzyj jakąś walkę.
Jeśli któryś z nich chce się poddać i przerwać walkę, ten drugi natychmiast przestaje go atakować.
Gdy ktoś zrobi faul (np. nieumyślnie kopnie przeciwnika w krocze - to się czasem zdarza), gdy tylko zawodnik dojdzie do siebie, tamten natychmiast podaje mu rękę i przeprasza za ten cios.
Po skończonej walce zawodnicy podają sobie ręce, przytulają się,  a przegrany gratuluje zwycięzcy...
Zawodnicy mają do siebie szacunek! To, że jeden uderzy drugiego w twarz nie znaczy, że kieruje się złością. On po prostu chce zdobyć punkt. Takie są zasady tego (moim zdaniem) sportu.
Oczywiście zdarza się, że zawodnicy się nie lubią i nie okazują sobie gestów jakie właśnie wypisałem, ale czy w innych sportach tak się nie zdarza? Czy wszyscy piłkarze okazują sobie wzajemnie szacunek na boisku? Nigdy nie dochodzi między nimi do kłótni, bójek, przepychanek itd.?

7. Mówisz, że MMA nie jest sportem, bo przypomina bijatykę uliczną pełną przemocy? W średniowieczu łuk był jedną z podstawowych broni w prawdziwych bitwach. Dziś na olimpiadzie mamy łucznictwo. W takim razie łucznictwo nie jest sportem, tak? A strzelectwo? To też nie jest sport?

8. Powiesz: "no tak, ale oni strzelają do tarczy, a w MMA bije się żywych ludzi." A co z szermierką? Tam też walczy się z prawdziwymi ludźmi i chodzi o to żeby ich trafić. To też nie jest sport, prawda?

9. Odpowiesz: "Ale szermierka jest bezpieczna. Nikomu nie stanie się krzywda, a w MMA zawodnicy odnoszą ciężkie obrażenia, mają zakrwawione nosy, siniaki itd."
A czy w innych sportach nie ma kontuzji? Ileż to razy w piłce nożnej zawodnik jest znoszony z boiska na noszach? Na galach KSW nie przypominam sobie takiej sytuacji. Mówisz, że ryzykują życie? Moim zdaniem o wiele więcej ryzykują kierowcy rajdowi! Wielu kierowców odnosiło ciężkie kontuzje, a nawet śmierć na torach wyścigowych. W MMA nie wiem czy zdarzyła się już śmierć na ringu.

Myślę, że ludzie nie chcą nazwać MMA sportem, gdyż kierują się emocjami. Widzą zawodników okładających się wzajemnie mocnymi ciosami, zakrwawione nosy i ten widok im się nie podoba. Utożsamiają się z przegranymi. Myślą: "jak jego to musi boleć!". Mówią: "w życiu bym do takiego ringu nie wszedł". Nie chcą na to patrzeć.
Ale czy człowiek, który marzy o tym, by być światowej klasy piłkarzem myśli o tych graczach, którzy są znoszeni z boiska na noszach, bo mają złamaną nogę? Czy raczej o tych, którzy strzelają piękne i efektowne bramki w decydujących meczach i podnoszą w górę puchar po zwycięstwie na mistrzostwach?

Wyłącz emocje. Włącz myślenie.

Jeśli nie potrafisz patrzeć na ten (moim zdaniem) sport racjonalnie, tylko ciągle wywołuje to w Tobie negatywne emocje to po prostu tego nie oglądaj. Nikt Ci nie nakazuje. Tylko szanuj tych, którzy widzą w tym sport. To, że Tobie się to nie podoba, nie znaczy, że to nie jest sport.

2. Poker

Czy poker jest dyscypliną sportową? Przecież chyba wszystkim kojarzy się on z hazardem. Pamiętam jak kiedyś (kilka/kilkanaście lat temu) miała się odbyć olimpiada młodzieży ewangelickiej, a na niej między innymi zawody w brydżu sportowym. Jakaś starsza pani zadzwoniła na parafię wyrażając swój sprzeciw w tej sprawie, bo (jeśli dobrze pamiętam to zacytuję jej argument) "ją zawsze uczono, że w Kościele nie ma miejsca na karty". Jeśli Ty też tak uważasz i twierdzisz, że pokera, brydża i innych gier karcianych nie można nazywać sportem zadam Ci kilka pytań:

1. Czy szachy są według Ciebie sportem? W szachach nie ma znaczenia siła i sprawność fizyczna. Liczy się bystrość umysłu. Czy jest to sport?

2. Jeśli tak, to czy gry planszowe (np. popularny monopoly, lub inne gry strategiczne) są według Ciebie sportem? Tam też liczy się bystrość umysłu i/lub szczęście. Czy jest to sport?

3. Jeśli tak, to co jeśli w takiej grze oprócz planszy i pionków używa się kart? Czy według Ciebie jest to jeszcze sport?

4. Jeśli tak, to co jeśli w grze nie używa się ani planszy, ani pionków, tylko samych kart? Po prostu takie są zasady gry. Czy można według Ciebie nazwać to sportem?

5. Czy to co opisałem w powyższym punkcie nie opisuje np. pokera?

Cóż. Wszystko zależy od tego jak traktujemy daną grę. Przykładowo: piłka nożna:
 - dla jednych jest bezsensownym gonieniem za piłką.
 - dla innych jest po prostu rekreacyjną zabawą od czasu do czasu z przyjaciółmi.
 - dla jeszcze innych jest dyscypliną, którą trenują latami, dzięki której zarabiają na życie i którą traktują bardzo poważnie i odpowiedzialnie.

Dla jednych poker jest hazardem. Dla innych - rekreacyjną zabawą dzięki której można spędzić fajny czas z kumplami. Dla jeszcze innych - dyscypliną, którą trenują latami, dzięki której zarabiają na życie i którą traktują bardzo poważnie i odpowiedzialnie.

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Jeśli dla Ciebie poker zawsze był postrzegany tylko jako hazard, zmień punkt siedzenia. Zauważ, że to jest po prostu gra, która nie różni się wiele od innych gier planszowych, a dla niektórych ludzi jest to poważna dyscyplina sportowa, którą traktują poważnie i odpowiedzialnie.

3. Counter Strike i inne sporty elektroniczne.

Jeżeli uważasz, że gra komputerowa nie może być nazywana sportem chcę zadać Ci kilka pytań:

1. Jeśli gram z kolegą w szachy to jest to według Ciebie sport, czy nie?

2, Jeśli tak, to co, jeśli zamiast grać na tradycyjnej szachownicy gramy w szachy przez internet? Też ruszamy figurami, tylko nie bezpośrednio, a za pomocą myszki. Czy można według Ciebie nazwać to sportem?

3. Jeśli tak, to co, jeśli nie gramy w szachy, a w coś innego, np. w Colina (gra komputerowa - wyścigi samochodowe). Zamiast klikać myszką używamy klawiatury. Jest to według Ciebie sport?

4. Jeśli tak, to co, jeśli użyjemy zarówno myszki jak i klawiatury i zmierzymy się w wirtualnym pojedynku w Counter Strike?

5. Uważasz, że to jest przesada, ponieważ w Counter Strike strzela się do przeciwników i zabija ich? Przeczytaj tę rozkminę: Czy człowiek wierzący może grać w gry komputerowe polegające na zabijaniu?

Gdzieś kiedyś czytałem, że zadano pytanie ojcu mistrza świata w CS'a: "Co pan myśli o dyscyplinie syna?". Nie potrafię dokładnie zacytować, ale mniej więcej powiedział coś takiego: "Syn podchodzi do tego bardzo poważnie. Jestem z niego tak samo dumny, jak gdyby był mistrzem świata w szachy."

4. Wnioski

Może o to właśnie w tym chodzi? O to jak podchodzimy do danej dyscypliny? Jeśli np. trenujemy MMA tylko po to, żeby nauczyć się ciosów, które możemy wykorzystać jakby nas ktoś zaczepił na ulicy, to rzeczywiście może to przynieść złe skutki. Jeśli jednak traktujemy coś poważnie i odpowiedzialnie to może niezależnie od tego czy gramy w siatkówkę, czy w CS'a możemy się nazywać sportowcami?

Niedawno podczas dyskusji z mamą na temat MMA, zadała mi pytanie: "Czy gdyby twój syn chciał trenować MMA to zgodziłbyś się?". Odpowiedziałem: "Gdyby podchodził do tego odpowiedzialnie i poważnie traktował tę dyscyplinę - jako sport, a nie jako bijatykę - to tak." Myślę, że podobna sytuacja jest z pokerem, CS'em i każdą inną dyscypliną.

Pozostaje jednak pytanie:

5. Czy są jakieś granice sportu?

Czy np. walki gladiatorów na śmierć i życie w starożytnym Rzymie możemy nazwać sportem? Myślę, że trzeba ustalić pewne kryteria. Pomyślałem nad czymś takim:

1. Sport trzeba uprawiać z własnej woli, a nie być do niego zmuszonym (a tam z tego co mi wiadomo walczyli niewolnicy).

2. W każdej dyscyplinie sportowej, każdy zawodnik może w każdy momencie się wycofać (najczęściej kosztem przegranej).

3. W sporcie kontuzje nie mogą być głównym elementem widowiska. Wypadki zawsze się zdarzały i zawsze będą się zdarzać w prawie każdej dyscyplinie, ale nie może być tak, że ogląda się pojedynek, w którym głównym elementem są ciężkie obrażenia, lub śmierć któregoś z zawodników (Walki gladiatorów w starożytności to nie jest sport według mnie).

6. Podsumowanie

Jeśli nie podoba Ci się MMA, poker, e-sport, czy jakakolwiek inna dyscyplina - po prostu tego nie oglądaj, ale nie obrażaj ludzi, którzy biorą w tym udział, lub tych, którzy to oglądają. Ja np. nie lubię oglądać łyżwiarstwa figurowego. Mówiąc szczerze nie wiem co w tym ludzie widzą, ale nie uważam, że jest to gorsza dyscyplina sportowa od siatkówki, MMA, czy skoków narciarskich. To po prostu inna dyscyplina sportowa, która mi się osobiście nie podoba, ale podoba się innym ludziom - i jest ok :)

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Dorosłość

Jakieś pół roku temu, pewna 15 letnia osoba spytała mnie: "jak to jest być dorosłym?". Mówiąc szczerze nie wiedziałem tak na szybko co odpowiedzieć, ale była to całkiem niezła inspiracja do rozkminy. Pewnie osoby, które są starsze ode mnie mogłyby więcej na ten temat powiedzieć, ale moje skromne 3,5 letnie doświadczenie jako osoba pełnoletnia też nasuwa kilka spostrzeżeń.

Otóż moment w którym kończymy 18 rok życia na pierwszy rzut oka wcale nie jest jakiś bardzo przełomowy. Tak "z dnia na dzień" w zasadzie nic się nie zmienia. Wyglądamy tak samo, myślimy tak samo, ot, zwykły kolejny dzień.
Zmieniają się natomiast nasze prawa. Od tego dnia jesteśmy w świetle polskiego prawa pełnoletni, a więc w zasadzie: możemy wszystko. Możemy kupować sami alkohol, możemy zdawać prawo jazdy, możemy głosować w wyborach państwowych... wszystko możemy, ale jednocześnie jeśli coś nabroimy (mam na myśli poważniejsze sprawy, tzn. wykroczenia i przestępstwa) to my za to będziemy odpowiadać, a nie nasi rodzice.

Ale dobra, wiem, że Ameryki nie odkryłem i nie ma sensu pisać tego co wszyscy wiedzą. Napiszę coś co pewnie nie wszyscy wiedzą, a mianowicie to, że w Biblii jest werset który moim zdaniem jest dosłowną odpowiedzią na postawione na początku pytanie.

 Panie i panowie, oto kwintesencja dorosłości:
"Wszystko mi wolno, ale nie wszystko jest pożyteczne. Wszystko mi wolno, lecz ja nie dam się niczym zniewolić." 1 Kor 6,12
Mając 18 lat wszystko mi wolno. Wolno mi np. tak się upić alkoholem żebym nie wiedział co się dzieje. Wolno mi oglądać pornografię. Wolno mi uprawiać hazard. Wolno mi prowadzić szeroko pojmowane "rozwiązłe życie". Wolno mi rzucić szkołę i mówić, że mam wszystko w d... ale nie wszystko jest pożyteczne. Można zatem powiedzieć, że
Dorosłość = Odpowiedzialność
Do 18-tego roku życia odpowiedzialność za nas ponoszą nasi rodzice. To oni nam mówią (a przynajmniej powinni): "nie możesz tego, nie możesz tamtego". Od 18-stki musimy to sobie mówić sami. Sami musimy sobie wyznaczać granice. Sami musimy się kontrolować. Sami decydujemy o swoim życiu. Wszystko nam wolno... ale nie wszystko jest pożyteczne. Wszystko nam wolno... ale nie dajmy się niczym zniewolić.

Zamiast mówić: "Jestem dorosły. Mogę się upić, więc się upiję", mówmy: "Jestem dorosły. Choć mogę się upić nie zrobię tego. Nie dlatego, że ktoś mi zabrania. Po prostu wiem, że nie jest to dobry pomysł".
Zamiast mówić: "Jestem dorosły. Mogę oglądać pornografię, więc oglądam", mówmy: "Jestem dorosły. Choć mogę oglądać pornografię, nie zrobię tego. Nie dlatego, że ktoś mi zabrania. Po prostu wiem, że nie jest to dobry pomysł" itp.

Czy jest to łatwe? Ani trochę! może tak to brzmi, ale to serio jest mega trudne. Cóż, pozostaje mi tylko codziennie się tego uczyć, oraz życzyć osobom które to czytają by, jeśli już są dorośli, sami codziennie rozkminiali czym jest dorosłość, a jeśli jeszcze mają to przed sobą, by już uczyli się sami sobie stawiać granice.

piątek, 7 listopada 2014

Czy na pewno mamy wolną wolę?

Rozkminiałem sobie kiedyś, czy na pewno mamy wolną wolę? Na pozór wydaje się, że tak. Przecież np. gdy rano przyjdę do kuchni to to będzie moja decyzja czy na śniadanie zjem płatki z mlekiem, czy kanapki? Cokolwiek wybiorę będę miał świadomość, że w 100% był to mój wybór, a nie, że "tak zostałem zaprogramowany".
Trochę bardziej poważny przykład: gdy pisząc egzamin będę miał pokusę żeby ściągać to to będzie wyłącznie moja decyzja czy tej pokusie ulegnę i będę ściągał, czy się temu oprę?

Ale czy na pewno? Przedstawię wam inny tok rozumowania:

- Kto mnie stworzył?
- Bóg
- Kto stworzył moje całe ciało (a więc także mózg)?
- Bóg
- Kto więc stworzył mój umysł? mój charakter? moją osobowość?
- Bóg
- Skoro tak, i skoro Bóg jest wszechmocny i wszechwiedzący, oraz niczym nieograniczony (a więc nie jest ograniczony też czasem), skoro Bóg dosłownie wszystko o mnie wie, dokładnie mnie zna, to czy Bóg nie wie co wybiorę na śniadanie wchodząc rano do kuchni?
- Chyba wie
- Czy Bóg nie wie jaką decyzję podejmę gdy pisząc egzamin będę miał pokusę żeby ściągać?
- Chyba wie
- Więc czy to rzeczywiście jest moja decyzja? czy nie zostałem już w taki sposób stworzony?

Albo inny przykład:
Pan Bóg stworzył Adama i Ewę. Stworzył ich ciała, ich umysły, ich charaktery itd. Czy Bóg nie wiedział, że Ewa da się skusić szatanowi i zerwie owoc z zakazanego drzewa? Czy nie mógł obdarzyć ją takim charakterem żeby potrafiła się temu oprzeć? Czy Kain nie został stworzony właśnie w taki sposób, że był w stanie zabić Abla? Czy Bóg nie wiedział, że tak to się dalej potoczy?

Skoro Bóg tak dokładnie zna mnie i wszystkich innych ludzi na świecie, to czy Bóg nie wie o czym będziemy rozmawiali, gdy spotkamy się z kolegami? Czy nie wie jak będziemy spędzać czas? Oczywiście, że wie! Bóg już dokładnie zna całe moje życie. Wie dokładnie gdzie pójdę, co powiem, co wybiorę itd. On sam mnie stworzył. Jeszcze zanim się urodziłem Bóg dokładnie wiedział, że w tym momencie będę pisał tego posta.

Może znacie ten fragment z Psalmu 139:
"Panie, zbadałeś mnie i znasz. Ty wiesz, kiedy siedzę i kiedy wstaję, Rozumiesz myśl moją z daleka. Ty wyznaczasz mi drogę i spoczynek, Wiesz dobrze o wszystkich ścieżkach moich. Jeszcze bowiem nie ma słowa na języku moim, A Ty, Panie, już znasz je całe." Ps. 139,1-4

Więc czy wobec tego decyzje które rzekomo sam podejmuję to rzeczywiście moje decyzje? Czy najważniejszy wybór jaki w życiu podjąłem: Przyjęcie Boga do serca, to rzeczywiście mój wybór?

"[Bóg] Mówi bowiem do Mojżesza: Zmiłuję się, nad kim się zmiłuję, a zlituję się, nad kim się zlituję. A zatem nie zależy to od woli człowieka, ani od jego zabiegów, lecz od zmiłowania Bożego" Rzym 9,16-17

Teraz wydaje się, że nie. Wydaje się, że wszystko jest już z góry ustalone i nie mamy wpływu na to co się wydarzy. Ale nie martwcie się. To tylko pozory :) Celowo tak pisałem, żeby skłonić was do własnej rozkminy ;) Już tłumaczę na czym rzecz polega.

1. Gdyby rzeczywiście wszystko było z góry ustawione, to dlaczego Bóg stworzyłby nas jako tak słabych ludzi? Przecież mógłby nas stworzyć jako zawsze posłuszne istoty, które nigdy nie będą marudzić, nie będą grzeszyć, tylko cały czas Go uwielbiać. Nie musiałby się na nas gniewać, nie musiałby nas karać, ba! nie musiałby umierać za nas na krzyżu!
Ponieważ jednak tak nie jest, tzn. my, ludzie, jesteśmy słabymi istotami, wciąż popełniamy błędy, wciąż grzeszymy, a wszystko co stworzył Bóg było dobre, to znaczy, że jednak mamy wolną wolę i to była nasza decyzja, że się od Boga oddaliliśmy. Grzech z całą pewnością jest naszą decyzją, a nie wynikiem "zaprogramowania".

2. Gdyby wszystko było z góry ustawione, słowa takie jak "miłość", "przebaczenie", "wiara", w ogóle by nie istniały. Jak moglibyśmy kochać Boga, jeśli nie wynikało by to z naszej woli, a zostało przez Niego "zaprogramowane"? Jak mógłby nam wybaczać, skoro każdy nasz błąd byłby... hmmmm... tak naprawdę to to nie byłaby nasza wina, że grzeszymy, tylko efekt "złego zaprojektowania" przez stwórcę. Jak można byłoby mówić o "wierze" w Boga, jeśli On sam wybrałby sobie i stworzył tych którzy w Niego uwierzą, oraz tych którzy nie uwierzą? Bez sensu...

3. Po co w ogóle Bóg miałby nas stworzyć? Przecież jest wszechmocny, a więc samowystarczalny. Do niczego nie jesteśmy Mu niezbędni, zwłaszcza tak niedoskonali...

Jak więc pogodzić jedno z drugim? Jak to możliwe, że Bóg stworzył nasze umysły i charaktery i jednocześnie dał wolną wolę? Mówiąc szczerze: nie mam pojęcia. Bóg jest wszechmocny i nieograniczony. My jesteśmy bardzo ograniczeni. Nie jesteśmy w stanie ogarnąć Boga. Nie damy rady Go całkowicie poznać. Nie odkryjemy wszystkich tajemnic. W tym miejscu trzeba włączyć ślepą wiarę i przyznać:

Nie mam pojęcia jak to jest możliwe, ale wierzę, że Bóg stworzył mnie 'od A do Z', a jednocześnie obdarzył mnie wolną wolą.
"Zbyt cudowna jest dla mnie ta wiedza, zbyt wzniosła, bym ją pojął." Psalm 139:6

niedziela, 26 października 2014

Pewność zbawienia

Rozkminiałem sobie kiedyś, czy można być pewnym zbawienia? Żeby móc "zmierzyć się" z tym tematem trzeba najpierw odpowiedzieć sobie na dwa z pozoru proste pytania:

a) Co to jest "zbawienie"? 
b) Co to jest "pewność"?

I tu jest ciekawa sprawa. Słowo "zbawienie" bardzo często jest używane w kręgach chrześcijańskich, np. piosenkach (w języku angielskim słowo "save" czasami można przetłumaczyć jako "zbawić"), wykładach, zwiastowaniach, ewangelizacjach, kazaniach itp. (ileż to razy słyszałem zdania typu: "Jezus nas zbawił", "mamy zbawienie w Chrystusie" itd.), ale czy ktoś z Was, czytelników tego postu zastanawiał się kiedyś co to tak naprawdę jest "zbawienie"? Próbowaliście zdefiniować to słowo?

Ja tak :-) Nie posiłkując się żadną książką, wikipedią, ani niczym innym stworzyłem dwie własne definicje słowa "zbawienie". Oto one:

Wersja skrótowa (demo):

Zbawienie jest to odpuszczenie grzechów.

Wersja pełna:

Zbawienie jest to odpuszczenie grzechów osiągnięte dzięki śmierci Jezusa na krzyżu, dające nam możliwość pójścia do Nieba.

A teraz wytłumaczenie tej definicji:
Pan Bóg jest Święty, a my jesteśmy grzesznikami (Rzym. 3,23). Nikt, kto jest grzeszny nie może pójść do Nieba. Bóg jednak tak bardzo nas kocha, że daje nam tę możliwość (Rzym. 5,8). Grzesząc mamy pewien dług wobec Boga (Kol 2,14), ale Jezus umierając na krzyżu spłacił ten dług, przez co nasze grzechy mogą być odpuszczone (Rzym. 5,9). Przyjmując to odpuszczenie grzechów, przed Bogiem jesteśmy czyści (czyli bezgrzeszni), a więc możemy pójść do Nieba. To właśnie jest zbawienie.

Teraz co to jest "pewność"? Cóż, ja rozumiem to w ten sposób: Jeśli jestem czegoś pewien, to znaczy, że:
- jestem przekonany, że to coś się wydarzy
- wierzę/ufam, że to coś się wydarzy
- nie dopuszczam możliwości, że to coś miałoby się nie wydarzyć (wtedy byłbym "prawie pewien")
- nie mam żadnej wątpliwości, że to coś się wydarzy

Teraz dopiero mogę odpowiedzieć na pytanie, czy można być pewnym zbawienia? A więc tak:
Jeśli rzeczywiście szczerze wierzę w Boga, przyjąłem Go do swojego serca, jeżeli wierzę, że Jezus umarł za moje grzechy i nie mam co do tego żadnej wątpliwości (tzn. naprawdę wierzę, a nie przypuszczam, że tak było) to jednocześnie jestem pewien tego, że mój dług wobec Boga został spłacony, czyli mogę pójść do Nieba, a więc jestem pewien zbawienia. Jeżeli pojawia się u mnie choć odrobina niepewności, czy aby na pewno jestem zbawiony, to znaczy, że moja wiara w Boga nie jest do końca szczera.

niedziela, 19 października 2014

Po co chodzić do kościoła?

Czym jest "chodzenie do kościoła"? Rytuałem który sprawia, że jesteśmy postrzegani przez innych ludzi jako "ci dobrzy/ pobożni"?
Gdy ktoś mówi: "chodzę do kościoła" to z reguły uważamy taką osobę za wierzącą, natomiast gdy ktoś mówi, że nie chodzi do kościoła to jego "poziom pobożności" spada w naszych oczach?

A co na ten temat myśli Pan Bóg? Może wyobrażamy sobie, że gdy kiedyś staniemy przed nim na Sądzie Ostatecznym i On spyta nas: "chodziłeś do kościoła?" a my odpowiemy z dumą: "tak!" to zdobędziemy wielkiego plusa, a jeśli będziemy musieli powiedzieć: "nie..." to minusa?

Hmmmm... a co by było gdyby Bóg nie zapytał: "CZY chodziłeś do kościoła?", tylko: "PO CO chodziłeś do kościoła?"
- yyy... bo ksiądz kazał
- bo myślałem, że Ty, Boże to docenisz
- bo tak mnie rodzice nauczyli
- bo cała rodzina szła, więc szedłem z nimi
- bo nie chciałem, żeby znajomi widzieli, że nie chodzę
- bo to tak ładnie, pobożnie brzmi: "chodzę do kościoła!"
- bo myślałem, że tak trzeba

A może ktoś odpowiedziałby bardzo pobożnie:
- żeby słuchać Słowa Bożego

yyy... serio?... W każdą niedzielę rano nachodziła cię myśl: "ależ mam ochotę dzisiaj posłuchać kazania! na pewno dowiem się czegoś nowego, ciekawego na temat Boga, może poznam jakieś praktyczne rady jak mam żyć w codziennym życiu by się Bogu podobać... pośpiewam pieśni na chwałę Boga! będzie super! Idę do kościoła!" - ...serio???

Być może czasami ktoś ma takie nastawienie, ale nie wierzę, że w każdą niedzielę w roku tak jest (a w okresie adwentowym i pasyjnym częściej).
Raczej stawiałbym na: "Dzisiaj jest niedziela. Trzeba iść do kościoła. Idę."
I nawet jeśli przez cały czas będziemy tam siedzieć i rozmyślać o niebieskich migdałkach to nasze sumienie będzie spokojne, bo przecież "byliśmy w kościele!", a inni ludzie (którzy nie znają naszych myśli) wyrobią sobie o nas dobre zdanie.

Czy owo "chodzenie do kościoła" dla samego faktu, że się tam chodzi ma jakikolwiek sens? Czy podświadomie nie zaczynamy tego traktować jako dobrego uczynku którym zasłużymy sobie na Boże błogosławieństwo i/lub zbawienie?

Ale wobec tego, jeśli danej niedzieli kompletnie nie mam ochoty tam iść to mogę po prostu zostać w domu, czy też powinienem mimo wszystko się zmusić z nadzieją, że może akurat coś do mnie trafi?

Hmmm... Myślę, że mimo wszystko warto iść. Najbardziej poruszające nas słowa przychodzą zwykle niespodziewanie (przynajmniej w moim życiu tak jest). Poza tym, niech potem nikt nie narzeka, że Bóg nic do niego nie mówi, skoro pozbawia Go świetnej okazji by poruszył jego serce.

Tak ogólnie to... moim zdaniem kościół powinien być miejscem gdzie możemy:
- wysłuchać rozważania jakiegoś fragmentu Biblijnego
- razem z innymi ludźmi uwielbiać Boga poprzez np. śpiewanie pieśni
- przystępować do spowiedzi i komunii św.
I chyba z takim nastawieniem powinniśmy tam chodzić.

Jeśli szczerze wierzymy w Boga to chęć poznawania Biblii, uwielbiania Go i wyznawania swoich grzechów powinna sama wypływać z naszej wiary, a nie być przykrym obowiązkiem, do którego musimy się przymuszać.

Pojawia się jednak pytanie co zrobić w sytuacji, gdy forma nabożeństwa w naszym kościele jest wybitnie zniechęcająca, tzn. np. kazania są nudne... i ogólnie kiepskie, przez co mimo naszych najszczerszych chęci nic nam one nie dają, a śpiew jest tak wolny, a słowa pieśni tak archaiczne, że sami do końca nie wiemy o czym śpiewamy, natomiast komunia jest 2 razy w roku... czy w takiej sytuacji powinienem mimo wszystko co niedzielę chodzić do tego samego miejsca w którym zostałem ochrzczony i (w przypadku wyznania ewangelickiego) konfirmowany? czy też mam prawo
poszukać innego zboru, w którym lepiej będę mógł budować swoją wiarę, lub zostawać w domu i starać się samemu rozważać Boże Słowo, modlić itd.?

Cóż, uważam (przypominam, że cały ten post i ogólnie cały ten blog wyraża moje osobiste zdanie, którego nikomu nie chcę narzucać, ani nie upieram się, że nigdy swoich poglądów nie zmienię) że w takiej sytuacji trzeba:

a) Po pierwsze: modlić się o swój kościół:
- o mądrość dla księdza, który głosi Słowo Boże i wybiera pieśni
- o zdolności dla organisty, żeby potrafił dobrze "pociągnąć" śpiew
- o ludzi, by chcieli się zaangażować w zmianę formy
- o kościół, by "stale się reformował".

b) Po drugie: zaproponować zmiany. Gdy coś nam się nie podoba, to najłatwiej jest się odczepić i pójść gdzie indziej, jednak sztuka odpowiedzialności polega na tym, by jeśli zależy nam na naszym kościele (a chyba powinno) to starać się pomóc mu się zmieniać. Być może wystarczy podejść do księdza i zaproponować jakieś inne pieśni, albo inną formę liturgii. A może zaproponować by od czasu do czasu robić nabożeństwa młodzieżowe? Myślisz, że to i tak nic nie da? Od czegoś trzeba zacząć, a jeśli będzie to połączone z modlitwą to pamiętaj, że Bóg potrafi czynić cuda :)

c) Po trzecie: sam się włącz w te zmiany. Pokaż (Bogu, księdzu, innym ludziom i sobie), że ci zależy. Jeśli zaproponowałeś nabożeństwo młodzieżowe to sam się w to zaangażuj. Nie bądź osobą która tylko rzuca pomysłami które inni powinni zrealizować (takich ludzi jest zawsze zbyt wielu), tylko sam poświęć swój czas i siły w służbie dla kościoła. Pokaż, że ci zależy.

A co w sytuacji, gdyby kiedyś Kościół zszedł na złą drogą i głosił nauki niezgodne z Biblią (np. w Szwecji z tego co mi wiadomo, w kościele mówią, że homoseksualizm nie jest niczym złym i biskupem jest lesbijka)? Przecież w takiej sytuacji jeden, zwykły, szary człowiek nic nie zdziała...

Cóż... obym nigdy w takiej sytuacji się nie znalazł, ale w razie gdyby, to... wtedy (przypominam jeszcze raz, że to moje osobiste rozkminy) trzeba się rozejrzeć za innym kościołem (nigdy nie przestając się modlić o ten dotychczasowy), w którym będzie zwiastowane Słowo Boże zgodnie z naszym przekonaniem. Wierzę, że do końca świata takie zbory będą istnieć. Bóg nie zostawi nikogo w samotności.

Inspiracja:
"Pilnuj swoich kroków, gdy idziesz do domu Bożego, i nastaw się na słuchanie, gdyż jest to lepsze niż ofiary składane przez głupich" Kazn Sal 4,17a

niedziela, 25 maja 2014

O wszystkim, tylko nie o grzechu

Przedwczoraj czytałem na onecie pewien artykuł. Przykuło moją uwagę zwłaszcza takie zdanie: (cytat)

[w szkole w Wielkiej Brytani] Podoba mi się ta otwartość na inne religie i to, że w szkole nie wtłacza się do głowy dziecku poczucia winy. Nie ma mowy o grzechu. O tym, że jak czegoś nie zrobisz, to Bóg się na ciebie pogniewa. Na wejściu nie wita dzieci obraz mężczyzny przybitego do krzyża, z którego ran leci krew. Kilku znanych mi czterolatków ze szkoły katolickiej na ten widok wpadało w histerię i nie chciało wejść do szkoły przez miesiąc – mówi mama Leona.

No pewnie. Po co uczyć dzieci w szkole, że jest coś takiego jak grzech? Po co uczyć je, że robią coś źle? Nie stresujmy ich. Mówmy im, że wszystko robią dobrze. Pan Bóg wszystkich kocha... a na koniec WSZYSCY będziemy z Nim w niebie...

Cóż... taką "ewangelię" (celowo w cudzysłowiu) chętnie by wszyscy słuchali. Nikt przecież nie lubi słyszeć, że coś robi źle. Każdy woli słuchać pochwał.
Jako, że często gram w gry komputerowe, krótka refleksja z tej perspektywy:

Dlaczego wielu ludzi lubi się "zanurzyć" w gry, zapominając o całym świecie? Dlaczego gry są takie fajne? Bo w grze komputerowej kiedy wygrasz jakiś mecz, albo przejdziesz kolejny poziom wyświetla ci się wielki napis: WYGRAŁEŚ. Natomiast, gdy przegrasz, to albo będzie jakieś małe hasło przegrana, albo po prostu: "Spróbuj jeszcze raz". Gra nigdy nie powie ci: "jesteś cienki", tylko "jesteś super, bo przeszedłeś kolejny poziom. Gratulacje!".

Tyle o grach. Wracając do tematu: Może powinniśmy trochę zmienić sposób przekazywania ludziom ewangelii i nie mówić nic o grzechu, tylko wciąż o Bożej miłości? Dlaczego nie?

Ano dlatego nie, że jeśli człowiek nie usłyszy nic o grzechu to nie będzie mógł się nawrócić (czyli przyjąć Boga do swojego serca). Słyszałem kiedyś, że

aby człowiek mógł się nawrócić, pierwsze co musi zrobić to uświadomić sobie, że jest grzesznikiem.

Zgadzam się z tym w 100%. Dopóki człowiek nie uświadomi sobie, że jest grzesznikiem nie może przyjąć Boga do swojego serca, ponieważ Bóg nie jest mu do niczego potrzebny. Bóg jest nam potrzebny, bo tylko On może nam przebaczyć to co zrobiliśmy złego. A skoro nie zrobiliśmy nic złego - to po co nam Bóg?

Prawdę mówiąc za każdym razem gdy ktoś (np. podczas jakiejś ewangelizacji) mówi, że to i to jest grzechem to naszą reakcją powinna być myśl: "Jestem grzesznikiem. Wstyd mi z tego powodu. Potrzebuję Boga by mi przebaczył."

Jeśli nie mówimy o grzechu, to tak naprawdę oddalamy ludzi od Boga, a nie przybliżamy.

środa, 21 maja 2014

Wiara jako hobby

Rozkminiałem sobie ostatnio, że w tym coraz bardziej ateistycznym świecie wielu ludzi prawdopodobnie wyobraża sobie wiarę w Boga jako takie hobby.
Jedni w wolnym czasie lubią łowić ryby, inni czytać książki, a inni lubią się modlić i chodzić do kościoła. Po prostu to lubią. Podoba im się takie bycie 'religijnym'. Takie mają zainteresowanie.
Moim zdaniem jest to bardzo niewłaściwe myślenie. Po pierwsze dlatego, że:

Wiara w Boga nie jest dodatkiem do stylu życia, tylko zmianą stylu życia.

Jeśli człowiek przeżywa nawrócenie (czyli decyduje się iść za Bogiem), to to nie znaczy, że będzie sobie żył tak jak dotychczas z tym wyjątkiem, że 5 minut rano i wieczorem poświęci na modlitwę, tylko to znaczy, że powinien dążyć do tego by całkowicie zmienić swoje życie. Zmienić być może zachowanie wobec innych, zmienić przyzwyczajenia, a na pewno zmienić swoje priorytety i zmienić sposób myślenia. Całe życie podporządkować Bogu.

Po drugie:

Nie mylmy wiary w Boga z zainteresowaniem religią i kościołem.

Co innego jest wierzyć w Boga, a co innego interesować się różnego rodzaju sprawami kościelnymi. Moim zdaniem człowiek wierzący nie musi wiedzieć jaka barwa liturgiczna będzie danej niedzieli, jakie są nazwiska księży sąsiednich parafii, albo kiedy urodził się Marcin Luter, lub papież. To akurat może być czyimś hobby, żeby takimi rzeczami się interesować, ale nie mylmy tego z wiarą w Boga. To, że ktoś ma takie hobby wcale nie oznacza, że jest osobą wierzącą!
Owszem, człowiek wierzący powinien szukać społeczności z innymi ludźmi, powinien szukać miejsca gdzie mógłby budować się Słowem Bożym i powinien przystępować do spowiedzi i komunii św, a to właśnie daje kościół, ale to powinno samo wypływać z jego wiary, a nie być wynikiem "zainteresowania kościołem".

Po trzecie:

Decyzję o wierze w Boga podejmuje się samodzielnie, a nie zostaje w niej wychowanym.

Niektórzy ludzie uważają, że nie powinno się dziecka chrzcić, ani uczyć chrześcijańskich zwyczajów, bo to jest narzucanie mu konkretnej wiary, a powinno się zostawić ten wybór jemu. Jeśli podrośnie i będzie chciał być chrześcijaninem, to się ochrzci i będzie chrześcijaninem. Jeśli stwierdzi, że chce być buddystą, to zostanie buddystą (nie wiem jakie tam obrzędy trzeba wykonać), a jeśli postanowi pozostać ateistą to pozostanie ateistą - droga wolna.
Cóż, moim zdaniem jest to jedna, wielka ściema. Każdy kto zostanie wychowany w sposób "bardzo chrześcijański" i tak gdy podrośnie pozna świat odrzucający Boga (wiem co mówię). Jeśli stwierdzi, że Bóg nie jest mu do niczego potrzebny, to i tak pójdzie taką drogą bez względu na to jak bardzo "po chrześcijańsku" został wychowany. Jeśli zaś stwierdzi, że chce trwać w tej wierze w której został wychowany, a nie schodzić na drogę "tego świata" to z całą pewnością będzie to jego świadomy wybór, a nie skutek wychowania, które pozbawiło go wyboru wiary (wiem co mówię).
Jeśli ktoś uważa, że dobrze zrobi przez pozbawienie dziecka wychowania na wartościach chrześcijańskich, to znaczy, że traktuje wiarę w Boga jako hobby, które albo go kiedyś zainteresuje i stanie się "religijnym człowiekiem", albo nie zainteresuje i też się nic nie stanie. Tylko co to za rodzic, któremu jest obojętne, czy jego dziecko będzie zmierzać do nieba, czy do piekła?

Po czwarte:

Hobby określa jak będziesz spędzał swoje życie. Wiara określa jak będziesz spędzał wieczność.

Czy twoim hobby będzie łowienie ryb, czy zbieranie znaczków, czy taniec, czy piłka nożna, to pod koniec życia nie będzie mieć kompletnie żadnego znaczenia. To, czy swoje życie oddałeś Bogu będzie mieć kolosalne znaczenie.
Twoje hobby doda coś do twojego życia. Twoja wiara zmieni twoje życie i to co będzie po nim.

niedziela, 11 maja 2014

Muzyka chrześcijańska

Kolejna rozkmina powstała w całości z notatek (i filmików) przygotowanych na jedną z młodzieżówek (a dokładnie na jedną ze społeczności na obozie w zeszłym roku). 

Jak wskazuje już tytuł posta, będzie o muzyce. Kilka pytań które starałem się rozkminić:
- Co to jest muzyka chrześcijańska?
- Jaką muzyką można Boga chwalić, a jaką nie?
- Co jest ważniejsze, czy styl muzyczny, czy słowa, czy coś innego?
Ponieważ ma być o muzyce, warto by od muzyki zacząć. A więc:

Matt Redman - 10 000 reasons



No właśnie. Nie wiem jak wam, ale ja jak słyszę "muzyka chrześcijańska" to właśnie coś takiego mi się kojarzy. Spokojna muzyka, gitary, pianino, delikatnie grająca perkusja, słowa mówiące o chwaleniu Boga, np, tak jak tutaj, że mamy 10 tys. powodów by Go uwielbiać... Brzmi to jak taka śpiewana modlitwa. Wykonawcy zamykają oczy, czasem podnoszą ręce...
Patrzymy i mówimy: oni chwalą Boga.

I ok, nie da się ukryć, że śpiewają o Bogu. To słychać w ich tekstach.
A co jeśli ktoś nie śpiewa, tylko np. gra na trąbce? Grając na trąbce nie da się równocześnie śpiewać. Nie da się więc wypowiadać słów mówiących o Bożej dobroci. Czy w takim razie grając na trąbce można chwalić Boga?
Ktoś może powiedzieć: "No, ale jeśli ktoś grając na trąbce akompaniuje komuś kto śpiewa o Bogu, to ten na trąbce też wtedy chwali Boga."
No dobra, ale jeśli tylko gra jakąś melodię, do której nie ma słów? To wtedy chwali Boga, czy nie? Jest to wtedy muzyka chrześcijańska? czy zwykła?
Posłuchajcie i zobaczcie

Michael W. Smith - Freedom



W tym utworze nie było ani jednego słowa. Czy można powiedzieć, że była to muzyka chrześcijańska?
Może myślicie: "Ale przecież Michael W. Smith to autor wielu piosenek chrześcijańskich. Wiele z nich jest nawet na polski przetłumaczone, to jest na pewno wierzący artysta, więc skomponował taki utwór, który na pewno się Bogu podoba i tą muzyką, choć bez słów, chwali Boga."
Więc czy słowa w muzyce nie są ważne? A co jest ważne? Styl muzyczny?

Jak uważacie, czy ten utwór to muzyka chrześcijańska?
Skillet - Hero



Jak myślicie, czy taka muzyka może się Bogu podobać? Ogień, ludzie ubrani na czarno, ostre brzmienie.... Poza tym jeśli uważnie słuchaliście i czytaliście to zauważyliście, że ani razu nie padło tam słowo Bóg, ani Jezus, ani nawet Pan. Czy to się może Bogu podobać?
Teraz można by powiedzieć: no tak, ale przecież tam były słowa
"Bohater nie boi się oddać swojego życia [...] mam Bohatera żyjącego we mnie"
przecież to musi być o Jezusie. A Skillet to chrześcijański zespół, tworzą go wierzący ludzie więc to też była muzyka chrześcijańska.
No dobra, zgadzam się, ale w takim razie co będzie, jeśli ludzie, którzy nie mają z Bogiem zbyt wiele wspólnego, a przynajmniej nie pokazują tego swoim życiem, jeśli tacy ludzie będą śpiewać o Bogu, to będzie to muzyka chrześcijańska, czy nie? Będzie to przynosić chwałę Bogu, czy nie?

Ich troje - Bóg jest miłością



No właśnie. Gdyby ktoś nie wiedział kto to śpiewa, to mógłby bez zwątpienia powiedzieć, że to muzyka chrześcijańska. Słowa nawet głębokie, melodia poruszająca, pianino, gitary... nie taka ostra muzyka jak Skillet... bardzo chrześcijańska muzyka.

A właśnie. Jak myślicie, jaka melodia podoba się Bogu? Jaką muzyką można chwalić Boga, a jaką nie można? Jaki styl muzyczny Mu się podoba, a jaki nie?
Może Bóg nie patrzy na ludzi, tylko na to, czy melodia jest taka "chrześcijańska" i najbardziej podoba mu się utwór Ich troje? A może jednak woli, żeby to była muzyka worshipowa, taka jaką wykonuje Matt Redman? A może to musi być coś bardziej podniosłego jak u Michaela W. Smitha? A może Bóg lubi mocną muzykę jaką wykonuje Skillet?

A może taką?
Lecrae - Don't waste your life



Co myślicie o tym? Słowa bez zwątpienia o Bogu, ale ta melodia... ten styl... Czy coś takiego może się Bogu podobać? Czy to nie jest zbyt "świecka" muzyka?
Lecrae to wierzący człowiek. Opowiada swoje świadectwo w filmiku z serii I am second, ale czy taka muzyka, którą wykonuje nie kojarzy się bardziej z czymś świeckim? Skoro jest wierzący i chce chwalić Boga swoją muzyką, to czy nie powinien zmienić stylu na coś w stylu Matta Redmana?

Dobra, dużo pytań zadałem, czas trochę to ogarnąć i zastanowić się nad odpowiedziami. Zobaczcie pewien filmik z serii Messy Mondays.
Wyjaśnienie: DCTalk to nieistniejący już zespół który tworzyli m.in. TobyMac i wokalista zespołu Newsboys.
Problem with christian bands



Czy jedliście dzisiaj chrześcijańskie śniadanie? Albo chrześcijański obiad? Nie. Jedliśmy po prostu śniadanie, potem obiad. Tak samo nie można powiedzieć, że ktoś słucha "muzyki chrześcijańskiej". Po prostu słucha muzyki. Nie ma czegoś takiego jak zespół chrześcijański. Jest po prostu zespół. Muzyka może mieć chrześcijański przekaz. Zespół może przekazywać chrześcijańskie wartości. Zawsze jednak będzie to po prostu zespół i po prostu muzyka.

A jaka muzyka się Bogu podoba?
Myślę, że dla Boga nie ma znaczenia styl muzyczny. Czy to jest rock, czy hip-hop, czy jazz, czy metal, czy cokolwiek... Myślę, że nawet słowa nie mają aż tak dużego znaczenia. Najważniejsze jest serce wykonawcy.

Jest taki werset w 1 księdze Samuela
" Bóg nie patrzy na to, na co patrzy człowiek. Człowiek patrzy na to, co jest przed oczyma, ale Pan patrzy na serce."
Myślę, że można by też powiedzieć:
"Człowiek słyszy to co mu wpada do ucha, ale Pan słyszy serce."

Myślę, że Bóg nie patrzy na to jaki styl ktoś wykonuje, jakie słowa śpiewa, czy w ogóle śpiewa jakiekolwiek słowa. Pan Bóg patrzy na serce. Czy wykonuje tą muzykę po to aby chwalić Boga, czy aby po prostu zrobić karierę.
Dlatego nie osądzajmy czy jakiś zespół jest chrześcijański, czy wykonawca jest chrześcijański, czy cokolwiek. Tylko Pan Bóg zna serca tych osób i wie, czy śpiewają dla Jego chwały.

Zacząłem od piosenki, więc również skończę piosenką. Enjoy!

Francesca Battistelli - Behind the scenes

sobota, 10 maja 2014

Ściąganie plików z internetu

Jak niektórzy wiedzą ściągam z internetu dużo muzyki i trochę filmów. Niektórzy nazywają to piractwem, inni okradaniem artystów itd. (w każdym razie wielu ludzi to potępia). Ja jednak nieraz już na obozach zachęcałem do ściągania z internetu muzyki z chrześcijańskim przesłaniem. Dlaczego? Już wyjaśniam :)

Jedni mówią, że każde ściągnięcie utworu muzycznego, filmu, gry, czy programu komputerowego jest nielegalne. Inni twierdzą, że można ściągnąć, ale po 24 godzinach trzeba usunąć, jeszcze inni, że trzeba usunąć po 3 dniach... Kto ma rację? Nikt.
A właściwie ja mam rację, bo ściągam ile się da :P
Polskie prawo pozwala na ściąganie muzyki i filmów z internetu, ale z pewnymi ograniczeniami.

Oto 3 (jest ich mnóstwo, ale tu jest to fajnie opisane) linki do artykułów na ten temat. Kto nie ma ochoty wszystkiego czytać, poniżej piszę własne streszczenie :)

http://forum.pcformat.pl/Legalnosc-plikow-w-internecie-i-korzystanie-z-nich-jakie-mamy-prawa-i-co-nam-grozi-t

http://www.komputerswiat.pl/poradniki/internet/pobieranie-plikow/2012/10/jak-legalnie-pobierac-pliki-z-internetu.aspx

http://www.chip.pl/news/wydarzenia/prawo-i-polityka/2013/04/sprawdz-co-mozesz-legalnie-sciagnac-z-sieci

Streszczenie:
1. Możemy ściągać muzykę i filmy z internetu jeśli zostały już wydane publicznie (czyli np. jeśli dana płyta miała już swoją premierę to możemy ją bez obaw pobrać z internetu. Nie można ściągać przedpremierowych utworów, które "wyciekły do sieci").
2. Nie musimy się martwić o to z jakiego źródła ściągamy (można bez obaw ściągać z rapidshare, mediafire, darkwarez, peb, newalbumreleases, filestube, chomikuj itd.) o ile jest to zgodne z pkt.1
3. Ściągnięte utwory możemy przegrać sobie na telefon, odtwarzacz mp3, nagrać na płytę... cokolwiek. Możemy również je skopiować i podarować komuś z rodziny, albo koleżance, czy koledze.
4. Nie możemy sami upubliczniać plików, o ile nie ma na to zgody autora, tzn. nie możemy uploadować plików na serwery hostingowe (rapidshare itd.) i upubliczniać linków. Możemy tylko kopiować dla rodziny i bliskich znajomych. Nie możemy więc także np. wrzucać na youtube filmu w którym użyliśmy fragmentów z innych filmów, albo daliśmy na podkład dźwiękowy muzykę, do której nie mamy praw autorskich (ten zakaz akurat czasem łamię, ale na dole tego posta wyjaśniam dlaczego).
5. Prawnicy sami nie wiedzą, czy można upubliczniać linki z których można ściągać pliki. Niektórzy mówią, że można, inni, że nie można.
6. Z programami komputerowymi i grami jest inaczej. Tu w żadnym wypadku nie możemy ściągać i korzystać. Nie możemy również skopiować, a nawet pożyczyć(!) płyty z grą koledze (chyba, że pozwala na to licencja). Najlepiej więc przed ściągnięciem sprawdzić czy program ma licencję freeware (wystarczy wpisać w google). Jeśli jest freeware to można ściągać bez problemu. Jeśli jest inaczej, to nie możemy. Wszelkiego rodzaju pliki z crackiem są nielegalne.

Koniec streszczenia przepisów prawnych. Teraz krótkie rozkminy.

1. Ktoś powie: "no tak, ściąganie z internetu jest legalne, ale przecież jeśli zamiast zapłacić za płytę, ściągniesz jej zawartość z internetu to okradasz artystę".
Powiem tak: 2 lata temu podczas TE w Dzięgielowie postanowiłem, że kupię jakąś jedną płytę z muzyką. Oczywiście wiele utworów już na komputerze miałem, ale chciałem po prostu "wesprzeć twórców". Gdy zobaczyłem naklejkę z ceną 55zł na płycie która miała premierę kilka lat wcześniej to odłożyłem ją na półkę i poszedłem. Mam w tej chwili na laptopie 274 albumy. Jeśli każdy kosztowałby, liczmy tylko 40 zł. Wtedy na muzykę musiałbym wydać 274 x 40 = 10960 zł.
To prawie 1100 kebabów!!!
Pozostawiam bez komentarza....
Gdybym nie mógł ściągnąć tych piosenek z internetu to i tak bym ich nie kupił. I tak za to nie zapłacę i tak. W związku z tym nikogo nie okradam.
Poza tym czytałem gdzieś (nie pamiętam gdzie), że "kupując płytę w sklepie większość tej kasy zgarnia wytwórnia, a artysta ma z tego niewielką część, więc jeśli już to lepiej jest kupić bilet i iść na koncert" - mniej więcej coś takiego. Nie wiem ile jest w tym prawdy, ale będąc w zeszłym roku na koncercie Bęsia miałem możliwość kupić jego najnowszą płytę, lub koszulkę z napisem reklamującym następną. Co zrobiłem? Kupiłem koszulkę, a po przyjeździe do domu muzykę ściągnąłem z internetu. Teraz gdy ktoś zapyta mnie skąd mam tę koszulkę odpowiem: "kupiłem na koncercie Bęsia. Fajny raper. Polecam" i myślę, że w ten sposób bardziej przyczynię się do wzrostu popularności jego muzyki niż gdybym kupił płytę.

2. Jeśli wrzucę na youtube film w którym użyłem utwór na który nie mam licencji to złamię prawo. Owszem, ale po rozkminie 2 argumentów postanowiłem, że będę łamał to prawo.

Argument nr 1
Czy lepiej będzie jeśli nie wrzucę tej piosenki na swój kanał na youtubie (a i tak znajduje się na wielu innych), czy może lepiej żebym spróbował ją przetłumaczyć, zrobić polskie napisy, obrazki tematyczne w tle i wrzucić na youtuba przez co może więcej ludzi zastanowi się nad tekstem i przesłaniem danego utworu?

Argument nr 2
Złamię prawo, tak? A jeśli np. jadę samochodem i przekraczam dozwoloną prędkość, to co robię? łamię prawo. Jeśli zaparkuję na moment w niedozwolonym miejscu to co zrobię? złamię prawo. Czym z etycznego i logicznego punktu widzenia różni się wrzucenie nielegalnie piosenki na yt, od przekroczenia dopuszczalnej prędkości na drodze?

Tyle z rozkminy. Upubliczniam (nielegalnie!!) kilka filmików z mojego kanału :)






sobota, 26 kwietnia 2014

Co jest złego w przeklinaniu?

- Co jest złego w tym, że ktoś przeklina?
- Co za różnica, czy używa się takich słów, czy innych aby porozumiewać się z innymi?
- Co sprawia, że jedne słowa są uznawane za wulgaryzmy, a inne nie?
O tym będzie ta rozkmina.

Zacznę od ostatniego pytania które postawiłem, tzn. "Co sprawia, że jedne słowa są uznawane za wulgaryzmy, a inne nie?". Od razu odpowiadam: nie mam pojęcia. Chyba po prostu tak się przyjęło w kulturze, że pewne słowa są niecenzuralne. Wszyscy (chyba) wiedzą jakie to słowa, ale nie wiem czemu akurat te, a nie inne.

Z odpowiedzią na pozostałe dwa pytania nie będzie tak prosto, ale spróbuję :)

Kiedy tak to rozkminiałem, rozróżniłem 4 rodzaje... a właściwie sytuacje w których się przeklina:
a) przeklinanie by kogoś obrazić (np. jak ktoś się z kimś kłóci, to aby... wzmocnić swój przekaz... używa wulgaryzmów)
b) przeklinanie w rozmowie z innymi, ale bez negatywnych zamiarów (np. gdy ktoś używa słowa na 'k' jako przecinka - chyba każdy zna jakąś osobę która tak mówi. Nie ma w tym złych zamiarów, nie mówi tak, by kogoś obrazić. Po prostu ma taki styl)
c) przeklinanie samemu do siebie, by uwolnić swoje emocje (np. gdy ktoś przybija gwoździe i uderzy się młotkiem w palec, to odruchowo używa wulgaryzmów. Albo po prostu, gdy coś komuś nie wyjdzie, coś się zepsuje itd. Po prostu taki odruch)
d) przeklinanie w myślach (podobne do sytuacji powyżej, ale po uderzeniu się młotkiem w palec, zamiast mówić 'brzydkie słowo' na głos, po prostu mówimy je sobie w myślach).

Ponieważ punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, myślę, że można to rozkminiać na 2 sposoby: z punktu widzenia czysto logicznego (etycznego) i z punktu widzenia chrześcijańskiego (na podstawie Biblii).

Najpierw rozkmina z punktu widzenia logiki.
Przeklinanie by kogoś obrazić jest... nieetyczne i... zazwyczaj nieskuteczne... a poza tym... po prostu brzydkie. W ogóle używanie niecenzuralnych słów w rozmowie z innymi ludźmi... Po prostu tak się przyjęło w naszej kulturze, że pewne słowa są wulgarne, a ponieważ używanie ich wcale nie jest niezbędne (wszystkie emocje da się wyrazić nie używając przekleństw), to uważam, że nie powinno się przeklinać.
Po co to robić? Pokazujemy tylko swój niski poziom kultury i (choć to dyskusyjne) złe wychowanie.
Jeśli natomiast musisz używać wulgaryzmów aby przekazać jakąś myśl, czy emocje, to... żal mi cię...

Z własnego doświadczenia powiem wam, że naprawdę da się żyć nie przeklinając. To jest po prostu kwestia przyzwyczajenia. Nie chodzi o to, że jak się uderzysz młotkiem w palec to masz nie mówić nic, ale można powiedzieć inne słowo, które jest cenzuralne, a efekt będzie taki sam: uwolnisz swoje emocje i dasz znać osobom będącym w pobliżu, że się uderzyłeś. Wystarczy powiedzieć np. "kuchnia", albo "jasny gwint", albo "cholera", albo "kurcze", albo "kurka wodna"... to jest naprawdę kwestia przyzwyczajenia...

Ale co do przeklinania w myślach, albo sytuacji, gdy jesteś gdzieś sam i jeśli powiesz jakieś słowo wulgarne to nikt cię nie usłyszy... hmm... jeśli przez to miałbyś sobie ulżyć... miałoby ci się zrobić lepiej jak sobie tak po cichu poprzeklinasz... to z logicznego punktu widzenia nie ma w tym nic złego.

Podsumowując:
Na podstawie logiki uważam, że nie powinno się używać przekleństw, gdy wokół są inni ludzie, gdyż jest to niekulturalne, a jeśli użyjemy innych słów efekt będzie ten sam. Natomiast jeśli nikt nas nie słyszy i miałoby nam przez to się zrobić lżej, to w przeklinaniu "samemu do siebie" nie widzę nic złego.

Teraz z punktu widzenia chrześcijanina.
Czy Biblia mówi coś o przeklinaniu? Oczywiście :)

"Niech żadne nieprzyzwoite słowo nie wychodzi z ust waszych, ale tylko dobre, które może budować, gdy zajdzie potrzeba, aby przyniosło błogosławieństwo tym, którzy go słuchają." Ef 4,29

Żadne nieprzyzwoite słowo nie może wyjść z naszych ust. Moim zdaniem jest to jasne i klarowne. Gdyby spojrzeć na te cztery rodzaje przeklinania które wypisałem wyżej, to punkty a), b) oraz c) można od razu skreślić.
Jednak co do punktu d), czyli przeklinania sobie w myślach - hm... w zasadzie jeśli to słowo nie wyjdzie z naszych ust, to na podstawie tego wersetu nie będzie w tym nic złego, ale...

"Wreszcie, bracia, myślcie tylko o tym, co prawdziwe, co poczciwe, co sprawiedliwe, co czyste, co miłe, co chwalebne, co jest cnotą i godne pochwały." Flp 4,8

No i tu się cały problem rozwiązuje, bo przeklinanie nie jest miłe, a mamy myśleć tylko o tym co jest miłe :)
Poza tym... modlisz się po cichu (w myślach), bo na głos się wstydzisz, albo mówisz, że nie umiesz, a chwilę później w tym samym mózgu klniesz jak szewc... no trochę to nie w porządku wobec Pana Boga, no nie?
Przeklinanie "samemu do siebie" w myślach absolutnie nie wchodzi w grę. Nie wolno.
Ale to też jest kwestia przyzwyczajenia. Jeśli nie masz nawyku przeklinania (albo raczej masz nawyk nieprzeklinania), to choćby nie wiem co się stało, nie przyjdzie ci na myśl żaden wulgaryzm. Serio!

Podsumowując:
Na podstawie Biblii uważam, że przeklinanie w każdej "formie" jest złe i naprawdę da się żyć bez przeklinania :)

Inspiracja:

wtorek, 22 kwietnia 2014

Wiara ślepa i wiara świadoma

Kolejna rozkmina na temat wiary (w całym poście słowo wiara będzie oznaczało wiarę w Boga).

Otóż zauważyłem, że są 2 sposoby wiary: ślepy i świadomy. Na czym to polega?

Człowiek ze ślepą wiarą mówi tak: "wierzę w Boga, wierzę Jego Słowu, to co jest w Biblii jest prawdą. Koniec. Kropka."

Natomiast człowiek z wiarą świadomą też wierzy, ale stara się wszystko ogarnąć, zrozumieć, spojrzeć krytycznie, zadawać trudne pytania, itd.

Gdy np. w telewizji będzie leciał program popularnonaukowy (np. na National Geographic) pt. "Bóg nie istnieje - naukowe dowody" to człowiek ze ślepą wiarą powie: "Nie będę tego oglądał, bo tam będą same bluźnierstwa, kłamstwa itd.", natomiast człowiek z wiarą świadomą powie: "Chętnie to obejrzę, by zobaczyć jakie argumenty mają ateiści i móc to skonfrontować z własnymi poglądami."

Nie dawno wszedł do kin film "Noe wybrany przez Boga". Wiele jest o nim opinii, że jest niezgodny z Biblią, jest krytykowany itd. Człowiek ze ślepą wiarą powie: "nie będę tego oglądał". Natomiast ze świadomą: "Chętnie zobaczę".

Gdy np. jakiś ateista będzie chciał podyskutować o sprawach wiary, to człowiek ze ślepą wiarą powie mu: "Jezus umarł za nasze grzechy, troszczy się o nas kocha nas, oddaj Mu swoje życie, a będziesz uwolniony. Nie obchodzi mnie co myślisz, masz tak zrobić. Ja tak wierzę, więc Ty zrób tak samo. Kropka." Natomiast człowiek z wiarą świadomą spróbuje wytłumaczyć dlaczego wierzy (sam to robiłem w pierwszej rozkminie), podyskutuje, wysłucha kontrargumentów itd.

Człowiek ze ślepą wiarą powie: "Świat został stworzony w 6 dni. Nie wiem jak to było, ale tak jest napisane w Biblii więc tak jest. Kropka. Potem był potop. Też nie wiem jak to jest możliwe, ale muszę wierzyć, że tak było, itd." A człowiek z wiarą świadomą spróbuje to samemu rozkminić: "Hmmmm.... ciekawe jak powstał wszechświat? Ciekawe jak wyglądał potop? Czy jakieś wykopaliska archeologiczne to potwierdzają? Jak można to wyjaśnić? itd."

Pozostaje pytanie: Która wiara jest lepsza? Ślepa czy świadoma?
Otóż powiem tak:

Moim zdaniem warto starać się by nasza wiara była jak najbardziej świadoma. Musimy jednak zaakceptować, że nie damy rady wszystkich zagadek odkryć i pewne rzeczy trzeba wziąć na 'ślepą wiarę'.

Czy człowiek wierzący może grać w gry komputerowe polegające na zabijaniu?

Ktoś mógłby powiedzieć: "No dobrze Dawid, skoro mówisz, że wierzysz w Boga, starasz się żyć zgodnie z Jego Słowem itd. to dlaczego grasz w gry komputerowe polegające na zabijaniu? Przecież jest jasno napisane w Biblii, że zabijanie to grzech. Dlaczego więc to robisz?"

I to byłoby bardzo dobre pytanie :-)
Ale już staram się wytłumaczyć. Moja mama nie akceptuje takiego wytłumaczenia, ale może ktoś z czytelników tego posta zgodzi się z moim tokiem rozumowania ;-)
Podzielę to na 2 części, bo mogę to uzasadnić na 2 sposoby.

Uzasadnienie numer 1
Grając w grę komputerową, zabijając przeciwnika, tak naprawdę nikomu nie dzieje się żadna krzywda. Nikt nie poniesie fizycznych ran. Nikt nie będzie miał blizn na ciele po grze komputerowej. Krótko mówiąc: grając w grę komputerową nikogo tak naprawdę nie zabijam!
Zdobywam tylko wirtualne (nic nie znaczące w rzeczywistym świecie) punkty. Jeśli np. gram z kolegą w gry komputerowe, to co za różnica czy strzelę mu gola grając w fifę, czy wyprzedzę go w wyścigu w Collin Mc Rally, czy zabiję go w CS'ie? Moim zdaniem nie ma żadnej różnicy. W każdym wypadku jest to tylko gra odbywająca się w wirtualnej rzeczywistości i nikomu nie dzieje się krzywda. Dlatego uważam, że 'zabijanie' w grach komputerowych nie jest niczym złym.

Uzasadnienie numer 2
Zabijanie w grach komputerowych jest złe, tak? A co za różnica czy gram w grę komputerową gdzie się zabija, czy oglądam w telewizji film, w którym do siebie strzelają? Razem z tatą (księdzem z zawodu :-P) oglądaliśmy chyba wszystkie części Jamesa Bonda. W każdym odcinku jest kilka(naście) strzelanin i wiele trupów. Czym różni się oglądanie takiego filmu od grania w grę komputerową?
Ktoś może powiedzieć: "No tak, ale w grze komputerowej to ty strzelasz, ty mordujesz, a oglądając film patrzysz jak robią to inni i ty nie musisz się z tym utożsamiać"
Na taki argument odpowiadam:
"A jeśli jestem kiepskim graczem i to ja ciągle ginę, a sam nie potrafię nikogo trafić i zabić? - to wtedy to nie jest złe, bo ja w zasadzie patrzę jak inni mnie zabijają, a sam nie zabijam - tak? Dopiero w momencie gdy sam kogoś zabiję to będzie złe?"

Poza tym... co jeśli będę któregoś dnia wkurzony? coś mi się nie udaje... jestem ogólnie zły. Czy lepiej żebym tą złość przenosił na osoby wokół? Krzyczał po innych i się denerwował? Czy może lepiej żebym sobie włączył grę komputerową i tam się wyżył na wirtualnych postaciach, zabijając je?

Muszę dodać jednak jeszcze jedną rzecz. Zgadzam się, że gry komputerowe mogą mieć zły wpływ na człowieka. Jeśli dla kogoś są zbyt uzależniające (o tym kiedy gry są uzależnieniem, a kiedy tylko rozrywką zrobię inną rozkminę), to zdecydowanie lepiej żeby taki człowiek w gry komputerowe nie grał. Podobnie w sytuacji, gdy ma problemy z odróżnieniem rzeczywistości wirtualnej od prawdziwej (np. prowadząc samochód zapomni, że nie gra już w GTA i zacznie jeździć po chodniku, lub co gorsza potrącać pieszych) to wtedy również lepiej nie grać w gry.
Jeżeli natomiast dla kogoś gry komputerowe są rozrywką, albo hobby, albo ćwiczeniem refleksu, albo po prostu okazją do miłej rywalizacji z przyjaciółmi, to bardzo zachęcam do rozsądnego korzystania z tego jakie możliwości daje nam XXI wiek :)

P.S. Bardzo polecam tę grę
http://ghost-recon.ubi.com/ghost-recon-phantoms/pl-PL/sign-up/
Gram od września ubiegłego roku i uważam, że jest rewelacyjna i w dodatku darmowa!!! Do zobaczenia na serwerze (mój nick - Crimson93)


poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Co myśmy zrobili?

Krótka refleksja po minionych świętach.

Niedawno włączyłem wieczorem telewizję i akurat leciała końcówka filmu "Pasja" Mela Gibsona. Widziałem już ten film kilka razy, ale jedna scena jakoś mnie mocno zastanowiła. Zaraz po śmierci Jezusa następuje trzęsienie ziemi (to jest zgodne z opisem w ewangeliach). W świątyni pęka podłoga, a zasłona oddzielająca miejsce najświętsze od reszty, spada.
I wtedy jest krótka scena, gdy trzęsienie ziemi już się skończyło i wchodzą tam kapłani. Ze strachem oglądają zniszczenia. Jeden z nich zaczyna płakać.


Jest to moment w którym zdali sobie sprawę, że ukrzyżowali Syna Bożego. Mesjasza. Nic nie mówią. Zastanawiałem się jednak co sobie wtedy pomyśleli? Rozkminiłem, że pomyśleli: "Co myśmy zrobili!?". Oczywiście jest to tylko film i swobodna wizja reżysera, ale myślę, że w rzeczywistości taka sytuacja mogła się wydarzyć. Możliwe, że tak to właśnie wyglądało...
"Co myśmy zrobili!? Ukrzyżowaliśmy Mesjasza. Tego na którego przyjście tak czekaliśmy. Znaliśmy doskonale wszystkie proroctwa o Nim. Dlaczego Go nie poznaliśmy? Co myśmy zrobili!?" - być może takie właśnie myśli chodziły po ich głowach.

Ale potem pomyślałem: chwila, przecież Jezus nie umarł tylko za ich grzechy, ale także za moje. Jest taka dość znana pieśń pasyjna, w której znajdują się takie słowa "To nie gwoździe Cię przybiły, lecz mój grzech. To nie ludzie Cię skrzywdzili, lecz mój grzech. To nie gwoździe Cię trzymały, lecz mój grzech...". W zasadzie ja również powinienem sobie pomyśleć to co tamci kapłani:

"Co ja zrobiłem!? To za moje grzechy Jezus cierpiał na krzyżu. On cierpiał zamiast mnie. Co ja zrobiłem!?"

niedziela, 30 marca 2014

Jak powstał wszechświat?

Niecałe 1,5 roku temu prowadziłem taki temat na młodzieżówce, który sobie wcześniej dość długo rozkminiałem. Pomyślałem sobie teraz, że po co mam to kisić na komputerze, skoro mogę wkleić na bloga? Może akurat kogoś to zainteresuje i sam sobie porozkminia ;) Tak więc generalnie wklejam moje notatki z tamtego spotkania, trochę tylko inaczej formułuję zdania na potrzeby bloga.

Widząc taki temat i znając moje poglądy na temat Boga, pewnie wielu z Was domyśla się, że za chwilę napiszę, że jakiś tam naukowiec odkrył jakieś DOWODY na to, że świat powstał w ciągu 6 dni, a nie miliardów lat, że wszystkie gatunki powstały w tym samym momencie, a nie w wyniku ewolucji, albo zacznę liczyć prawdopodobieństwo opisu biblijnego i tego naukowego żeby potem dojść do wniosku, że te naukowe teorie są głupie, zaprzeczają same sobie, że to są w większości tylko domysły i w ogóle nie ma co się nimi zajmować, a Biblia to Słowo Boże więc wszystko co jest w niej napisane jest prawdą, czyli całe stworzenie świata musiało wyglądać dokładnie tak jak jest to w Biblii opisane.

Jeśli takiego postu się spodziewacie to się mylicie :) Najpierw z grubsza opiszę i porównam 2 najpopularniejsze poglądy na temat tego jak powstał wszechświat tzn.
1) Teoria wielkiego wybuchu
2) Biblijny opis stworzenia świata

Najpierw Wielki wybuch. Na czym to polega? Otóż nazwa „wielki wybuch” jest trochę myląca. Wybuch kojarzy nam się z jakąś eksplozją, że coś jest i nagle wybucha, a tu nie to chodzi. Lepszą nazwą było by np. „Wielkie powstanie”, ponieważ mówi ta teoria mówi, że:

Dawno temu z małego, bardzo gęstego i bardzo gorącego punktu zwanego „osobliwością początkową” powstały:
 - czas
 - przestrzeń
 - materia
 - energia
 - oddziaływania
Rozpoczęła się ekspansja, czyli gwałtowne rozszerzanie się wszechświata. Pod wpływem oddziaływań materia zaczęła się w jednych miejscach rozrzedzać, w innych zagęszczać. Z takich zagęszczeń z czasem uformowały się galaktyki, w galaktykach gwiazdy, planety... i mamy wszechświat taki jak dziś :)
(to była taka definicja przeze mnie sformułowana, gdyż trudno mi było znaleźć jakąś krótką i zwięzłą na internecie)

Może myślicie sobie: „No ale głupoty, komu mogło się przyśnić coś tak bezsensownego?”
No nie do końca jest to bezsensowne. Dlaczego?
Po pierwsze, ludzie którzy tworzyli tą teorię to nie byli debile, tylko inteligentni profesorowie, którzy badali różne zjawiska i wszystko co ogłaszali opierali na różnych pomiarach i odkryciach.
Po drugie, pierwszy model wielkiego wybuchu został opracowany 66 lat temu i od tego czasu przeprowadzono bardzo dużo badań przy pomocy coraz to nowszego sprzętu i żadne badanie nie zaprzeczyło tej teorii, co więcej, wszystkie  ją potwierdzają przez co staje się coraz bardziej precyzyjna i szczegółowa.

Tak w ogóle. Wiecie skąd się wziął pomysł na wielki wybuch?
To było tak: 
Niecałe 100 lat temu astronom Edwin Hubble odkrył bardzo ciekawe zjawisko. Otóż zauważył, że niezależnie od tego, w którą stronę nieba się patrzy, wszystkie galaktyki (czyli zbiory gwiazd) się od siebie oddalają.
Powiecie: „no i co z tego?”
Ano to z tego, że jeśli teraz 2 galaktyki są w jakiejś odległości i się od siebie oddalają to jedyny wniosek jest taki, że kiedyś ten proces musiał się rozpocząć, tzn. kiedyś musiały być tak jakby razem, w kupie i nagle się oderwały. Po dokonaniu odpowiednich obliczeń ustalono, że rzeczywiście to się zgadza, że wszystkie galaktyki musiały mieć swój początek w jednym miejscu, w jednym punkcie z którego się oderwały.
Co więcej, obliczono kiedy to nastąpiło. Otóż było to 13,7 mld lat temu.

Ale co by było gdyby zwolennikom tej teorii zadać pytanie: „A co było przed wielkim wybuchem?” Czy byłoby to pytanie którym udałoby się nam ich zagiąć?
Nie. Ale w tej sprawie są różne poglądy, tzn. różni naukowcy różnie odpowiadają:

1) Jedni mówią po prostu: „w żaden sposób nie jest możliwe żeby się tego dowiedzieć. Dzięki najnowszym badaniom wiemy co się działo w jednej kwintylionowej sekundy po wielkim wybuchu, ale w żaden możliwy sposób nie sprawdzimy co się działo wcześniej.”
I to jest prawda. W żaden możliwy sposób nie da się tego zbadać. Po prostu jest to fizycznie nie możliwe

2) Inni odpowiadają: „Skoro Wszechświat powstał w momencie Wielkiego wybuchu, a razem z nim czas, przestrzeń i materia to nie można mówić o okresie 'przed wielkim wybuchem', gdyż samo pytanie jest już pozbawione sensu”.
No tak, nie można powiedzieć, że coś było „przed pojawieniem się czasu.” Samo wyrażenie 'przed pojawieniem się czasu' jest nielogiczne. To był po prostu początek wszystkiego.

3) Jeszcze inni uważają, że „przestrzeń składa się z 4-wymiarowych powierzchni zwanych branami, które mogą się do siebie zbliżać i oddalać. Jeśli zdarzy się, że się zetkną to w tym punkcie następuje Wielki wybuch i rodzi się nowy, trójwymiarowy wszechświat.”
 

To jest bardzo zakręcone i sam nie wiem czy to dobrze rozumiem, ale co jest ciekawe w tej teorii to to, że według niej mogą istnieć inne wszechświaty, których my nie widzimy, gdyż są one oddzielone od nas innym wymiarem. Zgodnie z tym, nasz świat nie jest pierwszym, ani ostatnim który powstał. Jesteśmy po prostu wynikiem kosmicznej kolizji które czasami się zdarzają. Oznacza to, że wszechświaty od zawsze i na zawsze rodzą się i umierają, rodzą i umierają i tak w kółko. My po prostu żyjemy w jednym z nich.

To akurat nie jest oficjalnie potwierdzona teoria, raczej pewnego rodzaju domysły. Tak jak napisałem wcześniej, różni uczeni różnie odpowiadają. W kwestii tego co było przed wielkim wybuchem nie ma jednoznacznego zdania.

Ok, tyle o Wielkim wybuchu, ale co na ten temat mówi Biblia? Wszyscy znamy biblijny opis stworzenia świata. Wiemy, że według niego wszechświat powstawał w ciągu 6 dni. Według teorii Wielkiego Wybuchu natomiast proces kształtowania się materii trwał miliardy lat.
Przypominam. Wielki wybuch nastąpił 13,7 mld lat temu. A Kiedy powstał wszechświat według Biblii?

Czy wiesz, że... ?
Mówimy, że mamy teraz rok 2014, gdyż minęło 2014 lat od narodzenia Chrystusa. Żydzi jednak nie uznają Jezusa za Mesjasza więc nie liczą lat od Jego narodzin tylko od... stworzenia świata. Na podstawie biblijnych rodowodów obliczyli, że stworzenie świata nastąpiło 7 października 3761 roku p.n.e. czyli według żydów mamy teraz rok 5775 i dokładnie taki jest wiek Ziemi i całego wszechświata.

Na pierwszy rzut oka biblijny opis jest super. Wszystko jasno, dokładnie przedstawione, po kolei najpierw to, potem to, potem to. Jednak jakby się bardziej zastanowić to to jest bardzo dziwne i mało prawdopodobne.

Weźmy np. to: "I rzekł Bóg: Niech stanie się światłość. I stała się światłość. I widział Bóg, że światłość była dobra. Oddzielił tedy Bóg światłość od ciemności. I nazwał Bóg światłość dniem, a ciemność nazwał nocą." 1 Mż 1,3-5
Jak można oddzielić światłość od ciemności? Przecież światło to jest fala elektromagnetyczna. Jeśli ta fala jest to widzimy światło, jeśli jej nie ma to znaczy, że nie ma światła i nazywamy to ciemnością. Nie da się światła z ciemnością zmieszać a potem rozdzielić. Albo ta fala jest, albo jej nie ma. Widać, że coś tu nie pasuje.

Patrząc na inne wersety jest jeszcze dziwniej.
"I nastał wieczór, i nastał poranek - dzień trzeci. Potem rzekł Bóg: Niech powstaną światła na sklepieniu niebios, aby oddzielały dzień od nocy i były znakami dla oznaczania pór, dni i lat! Niech będą światłami na sklepieniu niebios, aby świecić nad ziemią! I tak się stało. I uczynił Bóg dwa wielkie światła: większe światło, aby rządziło dniem, i mniejsze światło, aby rządziło nocą, oraz gwiazdy. I umieścił je Bóg na sklepieniu niebios" 1 Mż 1,13-17

Hmmm.. 2 wielkie światła. Większe, aby rządziło dniem i mniejsze, aby rządziło nocą – jedyne co może to być to słońce i księżyc. Ale jak to jest możliwe, że najpierw Bóg stworzył światło, minęły 2 dni i potem Bóg stworzył słońce i księżyc. To jak wcześniej mógł być dzień i noc skoro nie było słońca i księżyca?
Najpierw powstało światło, a dopiero potem źródła tego światła? - coś tu nie gra.

Niesie to ze sobą więcej konsekwencji. Jak wiemy dzięki Kopernikowi, Ziemia obiega słońce. Dzieje się tak dlatego, że słońce działa siłą grawitacji i przyciąga do siebie wszystkie obiekty. Ziemia jednak się z nim nie zderzy, bo obiega słońce z taką prędkością (29,76 km/s), że ani się z nim nie zderzy, ani nie odleci.
Jeżeli Ziemia powstała pierwszego dnia, a słońce trzeciego, to przez te pierwsze 2 dni ziemia musiała stać w miejscu, bo nie było obiektu wokół którego mogłaby krążyć.
Jeżeli słońce powstało trzeciego dnia w jednym momencie, dzięki Słowu Bożemu tzn. nie ma słońca, nie ma, pstryk i już jest to ziemia musiałaby w tym samym momencie ruszyć i od razu zacząć pędzić z taką prędkością jaką ma dzisiaj, czyli 29,76 km/s. Inaczej zderzyła by się ze Słońcem.
Zakładając nawet, że tak się stało, tzn. że nagle dostała takiej prędkości, to w momencie ruszenia rozerwałaby się, albo chociaż bardzo mocno spłaszczyła.

Jak widać nie za bardzo to pasuje. W przeciwieństwie do wielkiego wybuchu. Tamta teoria mówi, że w miarę rozszerzania się młodego wszechświata materia zagęszczała się, wirowała i tak powstały gwiazdy, a z czasem wokół nich planety.

Ale co na ten temat mówią Bibliści i inni ludzie zgadzający się z Biblijnym opisem stworzenia?
Tak samo jak przy pytaniu "co było przed Wielkim wybuchem" są różne poglądy, tak samo różne są poglądy dotyczącego tego jak należy rozumieć ten tekst Biblijny. I teraz chciałbym 3 takie poglądy przedstawić. Każdy z tych poglądów jest poparty jakimś wersetem Biblijnym i każdy ma wady i zalety.

1. Biblijny opis stworzenia należy rozumieć dosłownie
Biblijnym poparciem jest np. werset:
"Całe Pismo przez Boga jest natchnione i pożyteczne do nauki, do wykrywania błędów, do poprawy, do wychowywania w sprawiedliwości." 2Tm 3,16
No tak, skoro całe pismo, jest natchnione przez Boga, to cała Biblia jest prawdą. A więc skoro jest napisane, że najpierw powstało światło i Ziemia a dopiero potem słońce i gwiazdy to znaczy, że właśnie tak było. Poza tym, nieraz już nauka się myliła. W starożytności faktem naukowym było to, że ziemia jest płaska. Do połowy XVI wieku faktem naukowym było to, że ziemia jest w centrum wszechświata, a słońce krąży wokół niej, itd.
Biblia natomiast jest od początku taka sama, nigdy się nie myliła. Nikt jej nigdy nie poprawiał, ani nie dowiódł błędu, więc w kwestia powstania świata również na pewno się nie myli i faktycznie tak to musiało wyglądać.

Zalety takiego poglądu:
  • Kończy wszelkie dyskusje na temat powstania świata. No bo jest czarno na białym. Najpierw powstało to, potem to, potem to. Wszystko dokładnie opisane więc jeśli zgadzamy się z tym poglądem to nie ma już nad czym dyskutować.
  • Potwierdza autorytet Biblii. Biblia to Słowo Boże więc jeśli zgadzamy się z takim poglądem to potwierdzamy, że wszystko co jest w niej zapisane jest prawdą i nie podlega żadnej wątpliwości nawet jeśli nauka mówi inaczej
  • Podkreśla mądrość i moc Bożą. Zgadzając się z takim poglądem podkreślamy, że Bóg jest wszechmocny i chociaż dla nas wydaje się niemożliwe żeby np. w momencie powstania słońca ziemia momentalnie zaczęła je okrążać to dla Boga nie jest to przeszkodą, bo nie jest niczym ograniczony.
Ale taki pogląd ma też swoje wady.
  • Sprzeczny z odkryciami naukowymi. No cóż, na podstawie znanych nam praw fizyki wiemy, że taki scenariusz powstania świata jest niemożliwy
  • Sprzeczny z logiką (powstanie najpierw światła, a dopiero potem jego źródła). To jest nie tylko sprzeczne z prawami fizyki, ale i z logiką
To był pierwszy pogląd. Teraz drugi:

2. Przecież Bóg ma inny czas, więc może to nie było 6 dni, tylko dłuższy okres czasu
Biblijne poparcie mamy np. tu:
"Niech to jedno, umiłowani, nie uchodzi uwagi waszej, że u Pana jeden dzień jest jak tysiąc lat, a tysiąc lat jak jeden dzień." 2 P 3,8
Chodzi w nim o to, że Bóg nie jest ograniczony czasem. Opis stworzenia świata dotyczy czasów przed pojawieniem się człowieka, więc być może to nie było dokładnie 6 dni po 24 godziny, tylko jakiś dłuższy czas, np. tysiące a nawet miliony, czy miliardy lat kiedy Bóg to wszystko kształtował?

Zalety takiego poglądu:
  • Jest trochę kompromisem między teoriami naukowymi, a Biblijnym opisem. No właśnie. Obserwujemy np. gwiazdy oddalone od nas o miliony, a nawet miliardy lat świetlnych, tzn. że to światło które teraz z nich widzimy zostało wysłane miliardy lat temu. Jeśli zgodnie żydowskimi obliczeniami stworzenie nastąpiło niecałe 6 tysięcy lat temu to jak to wytłumaczyć? Może te wszystkie zjawiska takie jak lądolody, wymarcie dinozaurów itp. działy się przed stworzeniem człowieka
  • Dopuszcza długi czas formowania się wszechświata akceptując Boga jako Stwórcę. Nauka mówi, że świat powstawał z... z niczego i działo się to przez miliardy lat. Ten pogląd mówi, że to Pan Bóg stworzył świat, ale może nie było to tak dosłownie 6 dni, tylko dłużej. Taki trochę kompromis.
Wady:
  • Podważa Biblijny schemat stwarzania poszczególnych elementów w kolejnych dniach (np. „I nastał wieczór, i nastał poranek – dzień trzeci”). Skoro to były miliardy lat, to czemu tak wyraźnie jest napisane, że to było kilka dni? Czemu jest napisane, że nastał wieczór, potem poranek i kolejny dzień stwarzania?
  • Nie rozwiązuje problemów związanych z kolejnością. Nawet jeśli to był długi okres czasu to i tak nie rozwiązuje to problemów dlaczego np. najpierw powstało światło, a potem jego źródła.
3. Trzeci pogląd jest bardzo ciekawy i taki dość... filozoficzny :)
Otóż tak:
Na świecie są ludzie którzy zajmują się degustacją wina. Mają tak wyczulony smak, że kosztując tylko łyk są w stanie powiedzieć jakiego rodzaju były to winogrona, kiedy zostały zebrane, jak stare jest to wino itp. Są w stanie powiedzieć całą historię tego wina.
Pierwszy cud jakiego Jezus dokonał na Ziemi to była zamiana wody w wino na weselu w Kanie Galilejskiej. Jest napisane, że gdy gospodarz wesela skosztował wina to powiedział, że było to dobre wino. Gdyby na tym weselu był jakiś doświadczony degustator, to po skosztowaniu też prawdopodobnie umiałby powiedzieć z jakiego rodzaju winogron to wino było zrobione, kiedy te winogrona zostały zebrane itd.
Powiedziałby całą historię tego wina. A przecież... tej historii nie było. To Jezus stworzył wino wraz z jego historią, więc czy nie potrafiłby stworzyć świata wraz z historią jego stworzenia?

(teraz jeszcze jeden przykład dodaję, którego wtedy na młodzieżówce nie mówiłem)
Jak wyobrażamy sobie stworzenie Adama? Czy Bóg stworzył go jako niemowlaka? czy raczej jako w miarę dorosłego faceta? Zawsze sobie wyobrażałem, że takiego raczej dorosłego gościa (chociaż nie jest to w Biblii jednoznacznie napisane. To moje domysły). A jak Bóg stworzył rośliny? np. drzewa? Jako małe sadzonki? czy raczej jako od razu wielkie drzewa? Zawsze wyobrażałem sobie, że jako wielkie drzewa.
Teraz wyobraźmy sobie takie zjawisko. Adam żyje już 2 dni. Widzi wielkie drzewo. Bierze piłę (hipotetyczne założenie) i ścina je. Patrzy na pozostały pień. Liczy 'słoje'. Naliczył np. 80. Adam mówi: "Aha, czyli to drzewo zostało tu zasadzone 80 lat temu." - a nie jest to prawda, gdyż rośliny zostały stworzone drugiego dnia, a człowiek szóstego. Czy Adam rozumuje niewłaściwie? Hmmm...

Czy nie mogło być tak, że Bóg stworzył świat np. w jednej chwili, tworząc całą jego 'historię'? Wydaje nam się, że jeśli gwiazda jest odległa o 5 mld lat świetlnych, to znaczy, że musiała powstać co najmniej 5 mld lat temu i wtedy wysłać światło, żebyśmy teraz mogli je zobaczyć. Ale czy Bóg nie mógł stworzyć 'dorosłej' gwiazdy razem z jej światłem?
Czy Bóg tworząc np. rośliny najpierw musiał stworzyć nasiona? Nie mógł stworzyć od razu dorosłego drzewa razem z „historią jego wzrostu”?

Biblijne poparcie:
No tu jest trochę problem. Bo takiego jednoznacznego poparcia nie ma. To jest takie bardziej przypuszczenie, ale można pod to podciągnąć zamianę wody w wino na weselu w Kanie Galilejskiej J 2,1-12

Zalety:
  • Rozwiązuje wszystkie problemy związane z kolejnością powstawania. No właśnie. Może Bóg stworzył świat w jednym momencie i w takiej formie jaką ma obecnie tworząc tym samym jego historię stworzenia? Taki pogląd rozwiązuje wszystkie problemy związane z kolejnością czy najpierw ziemia potem słońce itp.
  • Rozwiązuje niezgodności nauki z Biblią akceptując przy tym Boga jako Stwórcę. Ten pogląd mówi, że owszem, to Bóg stworzył świat, On go zaprojektował i wykonał i nie zaprzecza przy tym żadnym badaniom naukowym.
Ale są też wady:
  • Brak jednoznacznego Biblijnego poparcia. Jest co prawda ta historia o zamianie wody w wino, ale ciężko powiedzieć, czy można ją odnieść do stworzenia świata
  • Podważa sens opisu stworzenia podzielonego na dni. No skoro świat został stworzony w jednym momencie to po co w Biblii jest tak wyraźnie napisane, że to było 6 dni i że nastał wieczór, poranek itd.? Czemu nie jest napisane po prostu krótko: Bóg stworzył świat?
Może się Wam to wszystko wydawać takie skomplikowane i trudno, ale zaraz się wszystko wyjaśni :)
Zrobię to na zasadzie pytań i odpowiedzi.

1. Kto lub co według teorii Wielkiego wybuchu zapoczątkowało powstanie świata?
Istnieją różne poglądy w tej kwestii. Niektórzy uważają, że jakaś siła typu „matka natura”, większość jednak uważa, że wszechświat powstał po prostu sam z siebie, nikt nad tym nie panował.

2. Czy są jakieś inne teorie dotyczące tego jak powstał świat?
Oczywiście. Każda religia ma własną. Np. Islam naucza, że Allah stworzył wszystko co istnieje (podobnie jak Bóg), ale w 8 dni, a nie w 6, Indianie prekolumbijscy uważali, że świat narodził się z krwi bogów, a do XX wieku faktem naukowym było to, że świat jest wieczny, tzn. nie miał początku i nie ma końca, jednak w dzisiejszych czasach najpopularniejsze są właśnie teoria Wielkiego wybuchu i Biblijny opis stworzenia.

3. Czy napisałem, że uważam, że świat powstał w Wielkim wybuchu?
Nie. Chciał tylko skłonić Cię do zastanowienia się w co tak naprawdę wierzysz, a nie ślepego przyjmowania tego co mówią inni ludzie.

4. Jaka jest największa różnica między Wielkim wybuchem a opisem Biblijnym?
Największa różnica nie polega na tym kiedy, w jakiej kolejności, w jaki sposób, tylko dzięki komu i  w jakim celu powstał wszechświat?
Nauka mówi, że świat po prostu... powstał. Tak się złożyło, jakoś poukładało, że teraz żyjemy. Kiedyś nasze życie się skończy, świat też się kiedyś skończy i trudno. Tak musi być. Życie nie ma jakiegoś celu, czy głębszego sensu. 
Biblia natomiast mówi co innego. Biblia mówi, że to Bóg stworzył wszechświat, że zostaliśmy stworzeni na Jego podobieństwo i że jeśli Go przyjmiemy do serca to w przyszłości będziemy żyć razem z Nim w niebie. I życie takich ludzi ma cel, innych faktycznie tego celu nie ma.

W zasadzie można by na tym skończyć i powiedzieć, że to jest główny morał z tej rozkminy, ale chciałbym pokazać odpowiedź na jeszcze jedno bardzo ważne pytanie które mam nadzieję, że każdy z Was sobie zadał czytając to wszystko.

5. To jak w końcu powstał wszechświat? W Wielkim wybuchu, czy przez Słowo Boga? To było miliardy, czy kilka tysięcy lat temu? Powstał w jednym momencie, w ciągu 6 dni, czy kształtował się przez długi czas?

A po co nam to wiedzieć ???

My ludzie chcielibyśmy wszystko wiedzieć, wszystkie zagadki i tajemnice odkryć, chcielibyśmy wiedzieć dokładnie jak ten nasz świat powstał, ale... do czego nam to jest potrzebne?
Mój tata często mówi, że jeśli coś w Biblii jest ważne, to jest temu poświęcone dużo miejsca, a jeśli coś jest mało ważne, to mało miejsca. Stworzenie świata jest opisane tylko dwóch stronach. Tylko dwie strony z całej Biblii! Czy jest więc to ważne jak wyglądało powstanie wszechświata?

A jakie zdanie na tych dwóch stronach najczęściej się powtarza?
- i stworzył Bóg...
- i rzekł Bóg, niech się stanie...
W Biblii Bóg ma wiele imion i wiele różnych określeń. Aż 105 razy jest nazwany Stwórcą.
Więc co jest naprawdę ważne? 
Myślę, że ważne jest to, że świat nie powstał przypadkiem. Został zaprojektowany i stworzony przez wszechmocnego Boga. To, że żyjemy to nie jest tylko przypadkowy wynik kosmicznej kolizji, które czasami się zdarzają, tylko jest to Boży dar. Nasze życie ma cel! Tym celem jest miejsce, gdzie przebywa ten, który nas stworzył - Bóg.