niedziela, 30 marca 2014

Jak powstał wszechświat?

Niecałe 1,5 roku temu prowadziłem taki temat na młodzieżówce, który sobie wcześniej dość długo rozkminiałem. Pomyślałem sobie teraz, że po co mam to kisić na komputerze, skoro mogę wkleić na bloga? Może akurat kogoś to zainteresuje i sam sobie porozkminia ;) Tak więc generalnie wklejam moje notatki z tamtego spotkania, trochę tylko inaczej formułuję zdania na potrzeby bloga.

Widząc taki temat i znając moje poglądy na temat Boga, pewnie wielu z Was domyśla się, że za chwilę napiszę, że jakiś tam naukowiec odkrył jakieś DOWODY na to, że świat powstał w ciągu 6 dni, a nie miliardów lat, że wszystkie gatunki powstały w tym samym momencie, a nie w wyniku ewolucji, albo zacznę liczyć prawdopodobieństwo opisu biblijnego i tego naukowego żeby potem dojść do wniosku, że te naukowe teorie są głupie, zaprzeczają same sobie, że to są w większości tylko domysły i w ogóle nie ma co się nimi zajmować, a Biblia to Słowo Boże więc wszystko co jest w niej napisane jest prawdą, czyli całe stworzenie świata musiało wyglądać dokładnie tak jak jest to w Biblii opisane.

Jeśli takiego postu się spodziewacie to się mylicie :) Najpierw z grubsza opiszę i porównam 2 najpopularniejsze poglądy na temat tego jak powstał wszechświat tzn.
1) Teoria wielkiego wybuchu
2) Biblijny opis stworzenia świata

Najpierw Wielki wybuch. Na czym to polega? Otóż nazwa „wielki wybuch” jest trochę myląca. Wybuch kojarzy nam się z jakąś eksplozją, że coś jest i nagle wybucha, a tu nie to chodzi. Lepszą nazwą było by np. „Wielkie powstanie”, ponieważ mówi ta teoria mówi, że:

Dawno temu z małego, bardzo gęstego i bardzo gorącego punktu zwanego „osobliwością początkową” powstały:
 - czas
 - przestrzeń
 - materia
 - energia
 - oddziaływania
Rozpoczęła się ekspansja, czyli gwałtowne rozszerzanie się wszechświata. Pod wpływem oddziaływań materia zaczęła się w jednych miejscach rozrzedzać, w innych zagęszczać. Z takich zagęszczeń z czasem uformowały się galaktyki, w galaktykach gwiazdy, planety... i mamy wszechświat taki jak dziś :)
(to była taka definicja przeze mnie sformułowana, gdyż trudno mi było znaleźć jakąś krótką i zwięzłą na internecie)

Może myślicie sobie: „No ale głupoty, komu mogło się przyśnić coś tak bezsensownego?”
No nie do końca jest to bezsensowne. Dlaczego?
Po pierwsze, ludzie którzy tworzyli tą teorię to nie byli debile, tylko inteligentni profesorowie, którzy badali różne zjawiska i wszystko co ogłaszali opierali na różnych pomiarach i odkryciach.
Po drugie, pierwszy model wielkiego wybuchu został opracowany 66 lat temu i od tego czasu przeprowadzono bardzo dużo badań przy pomocy coraz to nowszego sprzętu i żadne badanie nie zaprzeczyło tej teorii, co więcej, wszystkie  ją potwierdzają przez co staje się coraz bardziej precyzyjna i szczegółowa.

Tak w ogóle. Wiecie skąd się wziął pomysł na wielki wybuch?
To było tak: 
Niecałe 100 lat temu astronom Edwin Hubble odkrył bardzo ciekawe zjawisko. Otóż zauważył, że niezależnie od tego, w którą stronę nieba się patrzy, wszystkie galaktyki (czyli zbiory gwiazd) się od siebie oddalają.
Powiecie: „no i co z tego?”
Ano to z tego, że jeśli teraz 2 galaktyki są w jakiejś odległości i się od siebie oddalają to jedyny wniosek jest taki, że kiedyś ten proces musiał się rozpocząć, tzn. kiedyś musiały być tak jakby razem, w kupie i nagle się oderwały. Po dokonaniu odpowiednich obliczeń ustalono, że rzeczywiście to się zgadza, że wszystkie galaktyki musiały mieć swój początek w jednym miejscu, w jednym punkcie z którego się oderwały.
Co więcej, obliczono kiedy to nastąpiło. Otóż było to 13,7 mld lat temu.

Ale co by było gdyby zwolennikom tej teorii zadać pytanie: „A co było przed wielkim wybuchem?” Czy byłoby to pytanie którym udałoby się nam ich zagiąć?
Nie. Ale w tej sprawie są różne poglądy, tzn. różni naukowcy różnie odpowiadają:

1) Jedni mówią po prostu: „w żaden sposób nie jest możliwe żeby się tego dowiedzieć. Dzięki najnowszym badaniom wiemy co się działo w jednej kwintylionowej sekundy po wielkim wybuchu, ale w żaden możliwy sposób nie sprawdzimy co się działo wcześniej.”
I to jest prawda. W żaden możliwy sposób nie da się tego zbadać. Po prostu jest to fizycznie nie możliwe

2) Inni odpowiadają: „Skoro Wszechświat powstał w momencie Wielkiego wybuchu, a razem z nim czas, przestrzeń i materia to nie można mówić o okresie 'przed wielkim wybuchem', gdyż samo pytanie jest już pozbawione sensu”.
No tak, nie można powiedzieć, że coś było „przed pojawieniem się czasu.” Samo wyrażenie 'przed pojawieniem się czasu' jest nielogiczne. To był po prostu początek wszystkiego.

3) Jeszcze inni uważają, że „przestrzeń składa się z 4-wymiarowych powierzchni zwanych branami, które mogą się do siebie zbliżać i oddalać. Jeśli zdarzy się, że się zetkną to w tym punkcie następuje Wielki wybuch i rodzi się nowy, trójwymiarowy wszechświat.”
 

To jest bardzo zakręcone i sam nie wiem czy to dobrze rozumiem, ale co jest ciekawe w tej teorii to to, że według niej mogą istnieć inne wszechświaty, których my nie widzimy, gdyż są one oddzielone od nas innym wymiarem. Zgodnie z tym, nasz świat nie jest pierwszym, ani ostatnim który powstał. Jesteśmy po prostu wynikiem kosmicznej kolizji które czasami się zdarzają. Oznacza to, że wszechświaty od zawsze i na zawsze rodzą się i umierają, rodzą i umierają i tak w kółko. My po prostu żyjemy w jednym z nich.

To akurat nie jest oficjalnie potwierdzona teoria, raczej pewnego rodzaju domysły. Tak jak napisałem wcześniej, różni uczeni różnie odpowiadają. W kwestii tego co było przed wielkim wybuchem nie ma jednoznacznego zdania.

Ok, tyle o Wielkim wybuchu, ale co na ten temat mówi Biblia? Wszyscy znamy biblijny opis stworzenia świata. Wiemy, że według niego wszechświat powstawał w ciągu 6 dni. Według teorii Wielkiego Wybuchu natomiast proces kształtowania się materii trwał miliardy lat.
Przypominam. Wielki wybuch nastąpił 13,7 mld lat temu. A Kiedy powstał wszechświat według Biblii?

Czy wiesz, że... ?
Mówimy, że mamy teraz rok 2014, gdyż minęło 2014 lat od narodzenia Chrystusa. Żydzi jednak nie uznają Jezusa za Mesjasza więc nie liczą lat od Jego narodzin tylko od... stworzenia świata. Na podstawie biblijnych rodowodów obliczyli, że stworzenie świata nastąpiło 7 października 3761 roku p.n.e. czyli według żydów mamy teraz rok 5775 i dokładnie taki jest wiek Ziemi i całego wszechświata.

Na pierwszy rzut oka biblijny opis jest super. Wszystko jasno, dokładnie przedstawione, po kolei najpierw to, potem to, potem to. Jednak jakby się bardziej zastanowić to to jest bardzo dziwne i mało prawdopodobne.

Weźmy np. to: "I rzekł Bóg: Niech stanie się światłość. I stała się światłość. I widział Bóg, że światłość była dobra. Oddzielił tedy Bóg światłość od ciemności. I nazwał Bóg światłość dniem, a ciemność nazwał nocą." 1 Mż 1,3-5
Jak można oddzielić światłość od ciemności? Przecież światło to jest fala elektromagnetyczna. Jeśli ta fala jest to widzimy światło, jeśli jej nie ma to znaczy, że nie ma światła i nazywamy to ciemnością. Nie da się światła z ciemnością zmieszać a potem rozdzielić. Albo ta fala jest, albo jej nie ma. Widać, że coś tu nie pasuje.

Patrząc na inne wersety jest jeszcze dziwniej.
"I nastał wieczór, i nastał poranek - dzień trzeci. Potem rzekł Bóg: Niech powstaną światła na sklepieniu niebios, aby oddzielały dzień od nocy i były znakami dla oznaczania pór, dni i lat! Niech będą światłami na sklepieniu niebios, aby świecić nad ziemią! I tak się stało. I uczynił Bóg dwa wielkie światła: większe światło, aby rządziło dniem, i mniejsze światło, aby rządziło nocą, oraz gwiazdy. I umieścił je Bóg na sklepieniu niebios" 1 Mż 1,13-17

Hmmm.. 2 wielkie światła. Większe, aby rządziło dniem i mniejsze, aby rządziło nocą – jedyne co może to być to słońce i księżyc. Ale jak to jest możliwe, że najpierw Bóg stworzył światło, minęły 2 dni i potem Bóg stworzył słońce i księżyc. To jak wcześniej mógł być dzień i noc skoro nie było słońca i księżyca?
Najpierw powstało światło, a dopiero potem źródła tego światła? - coś tu nie gra.

Niesie to ze sobą więcej konsekwencji. Jak wiemy dzięki Kopernikowi, Ziemia obiega słońce. Dzieje się tak dlatego, że słońce działa siłą grawitacji i przyciąga do siebie wszystkie obiekty. Ziemia jednak się z nim nie zderzy, bo obiega słońce z taką prędkością (29,76 km/s), że ani się z nim nie zderzy, ani nie odleci.
Jeżeli Ziemia powstała pierwszego dnia, a słońce trzeciego, to przez te pierwsze 2 dni ziemia musiała stać w miejscu, bo nie było obiektu wokół którego mogłaby krążyć.
Jeżeli słońce powstało trzeciego dnia w jednym momencie, dzięki Słowu Bożemu tzn. nie ma słońca, nie ma, pstryk i już jest to ziemia musiałaby w tym samym momencie ruszyć i od razu zacząć pędzić z taką prędkością jaką ma dzisiaj, czyli 29,76 km/s. Inaczej zderzyła by się ze Słońcem.
Zakładając nawet, że tak się stało, tzn. że nagle dostała takiej prędkości, to w momencie ruszenia rozerwałaby się, albo chociaż bardzo mocno spłaszczyła.

Jak widać nie za bardzo to pasuje. W przeciwieństwie do wielkiego wybuchu. Tamta teoria mówi, że w miarę rozszerzania się młodego wszechświata materia zagęszczała się, wirowała i tak powstały gwiazdy, a z czasem wokół nich planety.

Ale co na ten temat mówią Bibliści i inni ludzie zgadzający się z Biblijnym opisem stworzenia?
Tak samo jak przy pytaniu "co było przed Wielkim wybuchem" są różne poglądy, tak samo różne są poglądy dotyczącego tego jak należy rozumieć ten tekst Biblijny. I teraz chciałbym 3 takie poglądy przedstawić. Każdy z tych poglądów jest poparty jakimś wersetem Biblijnym i każdy ma wady i zalety.

1. Biblijny opis stworzenia należy rozumieć dosłownie
Biblijnym poparciem jest np. werset:
"Całe Pismo przez Boga jest natchnione i pożyteczne do nauki, do wykrywania błędów, do poprawy, do wychowywania w sprawiedliwości." 2Tm 3,16
No tak, skoro całe pismo, jest natchnione przez Boga, to cała Biblia jest prawdą. A więc skoro jest napisane, że najpierw powstało światło i Ziemia a dopiero potem słońce i gwiazdy to znaczy, że właśnie tak było. Poza tym, nieraz już nauka się myliła. W starożytności faktem naukowym było to, że ziemia jest płaska. Do połowy XVI wieku faktem naukowym było to, że ziemia jest w centrum wszechświata, a słońce krąży wokół niej, itd.
Biblia natomiast jest od początku taka sama, nigdy się nie myliła. Nikt jej nigdy nie poprawiał, ani nie dowiódł błędu, więc w kwestia powstania świata również na pewno się nie myli i faktycznie tak to musiało wyglądać.

Zalety takiego poglądu:
  • Kończy wszelkie dyskusje na temat powstania świata. No bo jest czarno na białym. Najpierw powstało to, potem to, potem to. Wszystko dokładnie opisane więc jeśli zgadzamy się z tym poglądem to nie ma już nad czym dyskutować.
  • Potwierdza autorytet Biblii. Biblia to Słowo Boże więc jeśli zgadzamy się z takim poglądem to potwierdzamy, że wszystko co jest w niej zapisane jest prawdą i nie podlega żadnej wątpliwości nawet jeśli nauka mówi inaczej
  • Podkreśla mądrość i moc Bożą. Zgadzając się z takim poglądem podkreślamy, że Bóg jest wszechmocny i chociaż dla nas wydaje się niemożliwe żeby np. w momencie powstania słońca ziemia momentalnie zaczęła je okrążać to dla Boga nie jest to przeszkodą, bo nie jest niczym ograniczony.
Ale taki pogląd ma też swoje wady.
  • Sprzeczny z odkryciami naukowymi. No cóż, na podstawie znanych nam praw fizyki wiemy, że taki scenariusz powstania świata jest niemożliwy
  • Sprzeczny z logiką (powstanie najpierw światła, a dopiero potem jego źródła). To jest nie tylko sprzeczne z prawami fizyki, ale i z logiką
To był pierwszy pogląd. Teraz drugi:

2. Przecież Bóg ma inny czas, więc może to nie było 6 dni, tylko dłuższy okres czasu
Biblijne poparcie mamy np. tu:
"Niech to jedno, umiłowani, nie uchodzi uwagi waszej, że u Pana jeden dzień jest jak tysiąc lat, a tysiąc lat jak jeden dzień." 2 P 3,8
Chodzi w nim o to, że Bóg nie jest ograniczony czasem. Opis stworzenia świata dotyczy czasów przed pojawieniem się człowieka, więc być może to nie było dokładnie 6 dni po 24 godziny, tylko jakiś dłuższy czas, np. tysiące a nawet miliony, czy miliardy lat kiedy Bóg to wszystko kształtował?

Zalety takiego poglądu:
  • Jest trochę kompromisem między teoriami naukowymi, a Biblijnym opisem. No właśnie. Obserwujemy np. gwiazdy oddalone od nas o miliony, a nawet miliardy lat świetlnych, tzn. że to światło które teraz z nich widzimy zostało wysłane miliardy lat temu. Jeśli zgodnie żydowskimi obliczeniami stworzenie nastąpiło niecałe 6 tysięcy lat temu to jak to wytłumaczyć? Może te wszystkie zjawiska takie jak lądolody, wymarcie dinozaurów itp. działy się przed stworzeniem człowieka
  • Dopuszcza długi czas formowania się wszechświata akceptując Boga jako Stwórcę. Nauka mówi, że świat powstawał z... z niczego i działo się to przez miliardy lat. Ten pogląd mówi, że to Pan Bóg stworzył świat, ale może nie było to tak dosłownie 6 dni, tylko dłużej. Taki trochę kompromis.
Wady:
  • Podważa Biblijny schemat stwarzania poszczególnych elementów w kolejnych dniach (np. „I nastał wieczór, i nastał poranek – dzień trzeci”). Skoro to były miliardy lat, to czemu tak wyraźnie jest napisane, że to było kilka dni? Czemu jest napisane, że nastał wieczór, potem poranek i kolejny dzień stwarzania?
  • Nie rozwiązuje problemów związanych z kolejnością. Nawet jeśli to był długi okres czasu to i tak nie rozwiązuje to problemów dlaczego np. najpierw powstało światło, a potem jego źródła.
3. Trzeci pogląd jest bardzo ciekawy i taki dość... filozoficzny :)
Otóż tak:
Na świecie są ludzie którzy zajmują się degustacją wina. Mają tak wyczulony smak, że kosztując tylko łyk są w stanie powiedzieć jakiego rodzaju były to winogrona, kiedy zostały zebrane, jak stare jest to wino itp. Są w stanie powiedzieć całą historię tego wina.
Pierwszy cud jakiego Jezus dokonał na Ziemi to była zamiana wody w wino na weselu w Kanie Galilejskiej. Jest napisane, że gdy gospodarz wesela skosztował wina to powiedział, że było to dobre wino. Gdyby na tym weselu był jakiś doświadczony degustator, to po skosztowaniu też prawdopodobnie umiałby powiedzieć z jakiego rodzaju winogron to wino było zrobione, kiedy te winogrona zostały zebrane itd.
Powiedziałby całą historię tego wina. A przecież... tej historii nie było. To Jezus stworzył wino wraz z jego historią, więc czy nie potrafiłby stworzyć świata wraz z historią jego stworzenia?

(teraz jeszcze jeden przykład dodaję, którego wtedy na młodzieżówce nie mówiłem)
Jak wyobrażamy sobie stworzenie Adama? Czy Bóg stworzył go jako niemowlaka? czy raczej jako w miarę dorosłego faceta? Zawsze sobie wyobrażałem, że takiego raczej dorosłego gościa (chociaż nie jest to w Biblii jednoznacznie napisane. To moje domysły). A jak Bóg stworzył rośliny? np. drzewa? Jako małe sadzonki? czy raczej jako od razu wielkie drzewa? Zawsze wyobrażałem sobie, że jako wielkie drzewa.
Teraz wyobraźmy sobie takie zjawisko. Adam żyje już 2 dni. Widzi wielkie drzewo. Bierze piłę (hipotetyczne założenie) i ścina je. Patrzy na pozostały pień. Liczy 'słoje'. Naliczył np. 80. Adam mówi: "Aha, czyli to drzewo zostało tu zasadzone 80 lat temu." - a nie jest to prawda, gdyż rośliny zostały stworzone drugiego dnia, a człowiek szóstego. Czy Adam rozumuje niewłaściwie? Hmmm...

Czy nie mogło być tak, że Bóg stworzył świat np. w jednej chwili, tworząc całą jego 'historię'? Wydaje nam się, że jeśli gwiazda jest odległa o 5 mld lat świetlnych, to znaczy, że musiała powstać co najmniej 5 mld lat temu i wtedy wysłać światło, żebyśmy teraz mogli je zobaczyć. Ale czy Bóg nie mógł stworzyć 'dorosłej' gwiazdy razem z jej światłem?
Czy Bóg tworząc np. rośliny najpierw musiał stworzyć nasiona? Nie mógł stworzyć od razu dorosłego drzewa razem z „historią jego wzrostu”?

Biblijne poparcie:
No tu jest trochę problem. Bo takiego jednoznacznego poparcia nie ma. To jest takie bardziej przypuszczenie, ale można pod to podciągnąć zamianę wody w wino na weselu w Kanie Galilejskiej J 2,1-12

Zalety:
  • Rozwiązuje wszystkie problemy związane z kolejnością powstawania. No właśnie. Może Bóg stworzył świat w jednym momencie i w takiej formie jaką ma obecnie tworząc tym samym jego historię stworzenia? Taki pogląd rozwiązuje wszystkie problemy związane z kolejnością czy najpierw ziemia potem słońce itp.
  • Rozwiązuje niezgodności nauki z Biblią akceptując przy tym Boga jako Stwórcę. Ten pogląd mówi, że owszem, to Bóg stworzył świat, On go zaprojektował i wykonał i nie zaprzecza przy tym żadnym badaniom naukowym.
Ale są też wady:
  • Brak jednoznacznego Biblijnego poparcia. Jest co prawda ta historia o zamianie wody w wino, ale ciężko powiedzieć, czy można ją odnieść do stworzenia świata
  • Podważa sens opisu stworzenia podzielonego na dni. No skoro świat został stworzony w jednym momencie to po co w Biblii jest tak wyraźnie napisane, że to było 6 dni i że nastał wieczór, poranek itd.? Czemu nie jest napisane po prostu krótko: Bóg stworzył świat?
Może się Wam to wszystko wydawać takie skomplikowane i trudno, ale zaraz się wszystko wyjaśni :)
Zrobię to na zasadzie pytań i odpowiedzi.

1. Kto lub co według teorii Wielkiego wybuchu zapoczątkowało powstanie świata?
Istnieją różne poglądy w tej kwestii. Niektórzy uważają, że jakaś siła typu „matka natura”, większość jednak uważa, że wszechświat powstał po prostu sam z siebie, nikt nad tym nie panował.

2. Czy są jakieś inne teorie dotyczące tego jak powstał świat?
Oczywiście. Każda religia ma własną. Np. Islam naucza, że Allah stworzył wszystko co istnieje (podobnie jak Bóg), ale w 8 dni, a nie w 6, Indianie prekolumbijscy uważali, że świat narodził się z krwi bogów, a do XX wieku faktem naukowym było to, że świat jest wieczny, tzn. nie miał początku i nie ma końca, jednak w dzisiejszych czasach najpopularniejsze są właśnie teoria Wielkiego wybuchu i Biblijny opis stworzenia.

3. Czy napisałem, że uważam, że świat powstał w Wielkim wybuchu?
Nie. Chciał tylko skłonić Cię do zastanowienia się w co tak naprawdę wierzysz, a nie ślepego przyjmowania tego co mówią inni ludzie.

4. Jaka jest największa różnica między Wielkim wybuchem a opisem Biblijnym?
Największa różnica nie polega na tym kiedy, w jakiej kolejności, w jaki sposób, tylko dzięki komu i  w jakim celu powstał wszechświat?
Nauka mówi, że świat po prostu... powstał. Tak się złożyło, jakoś poukładało, że teraz żyjemy. Kiedyś nasze życie się skończy, świat też się kiedyś skończy i trudno. Tak musi być. Życie nie ma jakiegoś celu, czy głębszego sensu. 
Biblia natomiast mówi co innego. Biblia mówi, że to Bóg stworzył wszechświat, że zostaliśmy stworzeni na Jego podobieństwo i że jeśli Go przyjmiemy do serca to w przyszłości będziemy żyć razem z Nim w niebie. I życie takich ludzi ma cel, innych faktycznie tego celu nie ma.

W zasadzie można by na tym skończyć i powiedzieć, że to jest główny morał z tej rozkminy, ale chciałbym pokazać odpowiedź na jeszcze jedno bardzo ważne pytanie które mam nadzieję, że każdy z Was sobie zadał czytając to wszystko.

5. To jak w końcu powstał wszechświat? W Wielkim wybuchu, czy przez Słowo Boga? To było miliardy, czy kilka tysięcy lat temu? Powstał w jednym momencie, w ciągu 6 dni, czy kształtował się przez długi czas?

A po co nam to wiedzieć ???

My ludzie chcielibyśmy wszystko wiedzieć, wszystkie zagadki i tajemnice odkryć, chcielibyśmy wiedzieć dokładnie jak ten nasz świat powstał, ale... do czego nam to jest potrzebne?
Mój tata często mówi, że jeśli coś w Biblii jest ważne, to jest temu poświęcone dużo miejsca, a jeśli coś jest mało ważne, to mało miejsca. Stworzenie świata jest opisane tylko dwóch stronach. Tylko dwie strony z całej Biblii! Czy jest więc to ważne jak wyglądało powstanie wszechświata?

A jakie zdanie na tych dwóch stronach najczęściej się powtarza?
- i stworzył Bóg...
- i rzekł Bóg, niech się stanie...
W Biblii Bóg ma wiele imion i wiele różnych określeń. Aż 105 razy jest nazwany Stwórcą.
Więc co jest naprawdę ważne? 
Myślę, że ważne jest to, że świat nie powstał przypadkiem. Został zaprojektowany i stworzony przez wszechmocnego Boga. To, że żyjemy to nie jest tylko przypadkowy wynik kosmicznej kolizji, które czasami się zdarzają, tylko jest to Boży dar. Nasze życie ma cel! Tym celem jest miejsce, gdzie przebywa ten, który nas stworzył - Bóg.



sobota, 22 marca 2014

Jak to jest być synem księdza?

Krótko mówiąc... przewalone :P

A tak trochę poważniej. Pewnie wielu z Was (zwłaszcza osób wyznania katolickiego) zastanawiało się jak to jest być "synem księdza". Otóż powiem wam (a raczej napiszę ;)). Ma to jedną dużą zaletę i jedną dużą wadę.

Najpierw zaleta:
Praktycznie od samego urodzenia dużo się o Bogu słyszy. Będąc synem (lub córką) księdza, można w bardzo młodym wieku zacząć poznawać Boga (jeśli się samemu chce to robić). Chociaż prawdę mówiąc do tego nie trzeba być koniecznie synem księdza, wystarczy, że ma się wierzących rodziców.
Ale będąc synem księdza ma się w domu magistra teologii więc jeśli się np. przeczyta jakiś trudny werset biblijny to jest się kogo zapytać co znaczy to i tamto - i to jest zaleta :)

Teraz wada:
Kilka lat temu podczas wyjazdu dla konfirmantów, trochę się z kolegami głośno w nocy zachowywaliśmy, przez co jedna z pań kucharek przyszła nas uciszyć. Weszła do pokoju i chociaż było nas tam chyba 5, ona krzyczała tylko po mnie. Użyła między innymi takiego zdania: "Co by było, gdyby twoi rodzice tu byli i widzieli jak się zachowujesz ?!". I to mnie wkurzyło.
Fakt, że się źle zachowywałem... ok, ale... kuchnia... co do tego mają moi rodzice?

W tym miejscu chciałbym przedstawić kilka faktów/mitów (na koniec wyjaśnię, czy to fakty, czy mity) na temat "synów księży".

1. Syn księdza powinien być zawsze grzeczny i posłuszny.
A czy np. syn taksówkarza nie musi?

2. Syn księdza nie powinien przeklinać.
A czy np. syn szewca może?

3. Syn księdza powinien być uczciwy.
A czy np. syn biznesmena nie powinien?

4. Syn księdza powinien być na każdej lekcji religii.
A na innej lekcji już nie powinien?
A czy np. syn kowala nie powinien?

5. Syn księdza powinien być osobą głęboko wierzącą w Boga.
A czy np. syn górnika nie powinien?

6. Syn księdza powinien angażować się w jakąś służbę dla Boga.
A czy np. syn elektryka nie powinien?

7. Syn księdza powinien w przyszłości też zostać księdzem.
yyy... niby czemu? Słyszałem, że celibat jest dziedziczny, ale powołanie do bycia duchownym?

Wyobraźcie sobie sytuację, gdy ludzie staną przed Bogiem na Sądzie Ostatecznym i Bóg powie do kogoś: "hmmm... byłeś bardzo dobrym człowiekiem, mocno we mnie wierzyłeś... ale... raz w podstawówce uciekłeś z lekcji religii. Poszedłeś na wagary. Normalnie bym cię przepuścił, ale... twój tata był z zawodu księdzem więc niestety: ciebie obowiązują surowsze zasady, idziesz do piekła".

Być może dla wielu osób, które to czytają będzie to szokiem, ale...

Syn księdza jest dokładnie takim samym, normalnym człowiekiem jak inni!

Myślę, że Bóg nie stosuje żadnych dodatkowych zasad i obowiązków dla "synów księży".
Wracając do tych faktów/mitów. Uważam, że poza numerem 7. są to... fakty! (tylko numer 7 to mit!)

Tak, syn księdza nie powinien przeklinać. Ale to nie dlatego, że taki jest zawód jego taty, tylko dlatego, że nikt nie powinien!
Czy syn księdza powinien być uczciwy? tak, powinien. Każdy człowiek powinien być uczciwy bez względu na to kim są jego rodzice.
Syn księdza powinien wierzyć w Boga (odsyłam do poprzednich wpisów na tym blogu) i powinien Mu służyć tak samo jak każdy inny człowiek na Ziemi. Zawód ojca nie ma tu absolutnie żadnego znaczenia :)

sobota, 15 marca 2014

Wykorzystywanie czasu



Jeden z moich wykładowców na uczelni stwierdził jakiś czas temu: "Czas jest dla mnie najcenniejszym, bo nieodnawialnym i niepomnażalnym zasobem, którego nie można kupić".
No jest w tym logika. Nie możemy cofnąć czasu. Trzeba się dobrze zastanowić jak go wykorzystywać, bo zmarnowanego czasu już się nie odzyska. Mamy tylko jedno życie.
Na co więc powinienem poświęcać swój cenny czas? Na wykształcenie, a tym samym zrobienie kariery i zarabianie jak największej ilości pieniędzy? Na imprezy, żeby się dobrze bawić i wyszaleć? Na służbę Bogu... yyy... ? (o tym będzie dalsza część tej rozkminy)
Myślę, że to jest bardzo ważne pytanie:

Jak wykorzystać swój czas?

Jeśli czytałeś/aś moje poprzednie posty, może teraz domyślasz się, że zaraz napiszę, że najlepiej byłoby olać szkołę/studia/pracę, zrezygnować ze wszystkich rozrywek i zająć się tylko służbą Bogu (tak jak np. uczniowie Jezusa), ale przecież wszyscy wiemy, że w dzisiejszym świecie nie da się tak żyć. Trzeba zarabiać pieniądze, trzeba się zajmować innymi ważnymi rzeczami, a w najlepszym przypadku, jeśli zostaje jeszcze trochę czasu, to można okazjonalnie zrobić coś "dla Boga", czyli np. pojechać do żywieniówki na TE i tyle. Wszyscy przecież wiemy (wielu z czytających tego posta pewnie z własnego doświadczenia), że mając lat np. 14 ma się dużo czasu i wtedy ewentualnie można się więcej angażować w np. spotkania młodzieżowe, czy coś, ale jak się jest w szkole ponadgimnazjalnej (i np. zbliża się matura) to tego czasu jest coraz mniej, a potem jeśli się idzie na studia to już w ogóle... Aż strach pomyśleć, co w sytuacji, gdy ma się rodzinę na utrzymaniu i np. małe dziecko. Wtedy to już się chyba nie pamięta co takie słowo jak "służba" znaczy.

Otóż jeżeli takie jest Twoje nastawienie, to muszę Cię czymś zaskoczyć:

Czasu wszyscy mamy dokładnie tyle samo! tylko różnie go wykorzystujemy...

Gdy chodzisz do gimnazjum doba ma 24 godziny. Gdy przygotowujesz się do matury doba ma 24 godziny, gdy studiujesz 3 kierunki równocześnie doba ma 24 godziny, gdy siedzisz w pracy 8 godzin dziennie, doba ma 24 godziny, gdy będziesz na emeryturze doba nadal będzie mieć 24 godziny.
Jeśli kiedykolwiek Bóg zapyta Cię, dlaczego tak mało czasu Mu poświęcasz, nie wymawiaj się, że "nie masz czasu", tylko powiedz prawdę: "wolę wykorzystywać czas w inny sposób". Powiedz szczerze: "wolę robić to i to, zamiast Ci służyć".

Czy uważasz, że lepiej wykorzystasz czas ciągnąc 2 etaty równocześnie i rezygnując tym samym z np. chóru parafialnego? Czy uważasz, że uzasadnione będzie rezygnowanie z zaangażowania w spotkania młodzieżowe na rzecz dodatkowego kierunku studiów zaocznych? Czy to będzie dobry wybór? Czy wyjazd na parę lat za granicę "aby zarobić", kosztem opuszczenia swojej społeczności, gdzie dotychczas budowaliśmy swoją wiarę będzie dobrą decyzją? Przytoczę 3 wersety:

"Ale szukajcie najpierw Królestwa Bożego i sprawiedliwości jego, a wszystko inne będzie wam dodane" Mt 6,33

"Albowiem cóż pomoże człowiekowi, choćby cały świat pozyskał, a na duszy swej szkodę poniósł?" Mk 8,36

"Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie je mól i rdza niszczą i gdzie złodzieje podkopują i kradną; Ale gromadźcie sobie skarby w niebie, gdzie ani mól, ani rdza nie niszczą i gdzie złodzieje nie podkopują i nie kradną. Albowiem gdzie jest skarb twój - tam będzie i serce twoje" Mt 6,19-21

W zasadzie, wracając do pytania, które postawiłem trochę wyżej, powinniśmy odpowiedzieć Bogu: "Sory, wolę wykorzystać czas na gromadzenie sobie skarbów tu na ziemi, chcę pozyskać cały świat (albo chociaż trochę ;)), bo szukam najpierw korzyści w życiu doczesnym, a dopiero potem Ciebie".
No, ale teraz można by pomyśleć: "Czyli co? mam olać szkołę/studia/pracę i tylko służyć Bogu ufając, że wszystkie moje potrzeby zaspokoi?"
Niekoniecznie. Wykształcenie, praca, pieniądze... to wszystko jest ważne, a nawet bardzo ważne. Odpoczynek, rozrywka, zabawa, też są ważne, ale od tego wszystkiego ważniejszy powinien być Bóg.

Co powiesz:
"Nie pójdę dziś na młodzieżówkę, bo umówiłem się z przyjaciółmi na kręgle", czy "Nie pójdę dziś na kręgle, bo idę na młodzieżówkę"?
"Nie będę się angażował w spotkania biblijne, bo lubię też tańczyć i zapisałem się na kurs tańca, który niestety jest w ten sam dzień, co spotkania", czy "Chociaż lubię tańczyć nie zapiszę się na kurs tańca, bo angażuję się w spotkania biblijne, które są w ten sam dzień"?
"Nie pojadę na wolontariat przez wakacje, bo chcę zarobić trochę pieniędzy i kupić sobie nowy telefon", czy "Nie kupię sobie nowego telefonu, bo przez wakacje pojadę na wolontariat"?

No dobra, ale co w sytuacji, gdy muszę wybierać: albo wyjechać na studia i przez to nie móc się angażować np. w chórze, czy zostać w chórze i przez to zakończyć edukację na szkole średniej? Przecież ten chór bez naszego głosu dalej będzie istniał? Nie jesteśmy tam niezbędni. Co wtedy? Co wybrać?
Hmmm... A może by tak zamiast myśleć: "Nie mogę śpiewać w chórze. Kropka." zacząć myśleć "Nie mogę już śpiewać w chórze, ale ZAMIAST TEGO zacznę się np. angażować w transmisje nabożeństw"? Albo zamiast myśleć "Nie mogę się angażować w młodzieżówki, bo będę na nich tylko raz w miesiącu", zacząć myśleć co mogę zrobić na tym jednym spotkaniu w miesiącu?
Jest takie fajne powiedzenie: "Jak się komuś nie chce, to szuka wymówki, a jak się komuś chce, to szuka sposobu."

Zamiast szukać wymówek, dlaczego NIE MOŻEMY Bogu służyć, szukajmy sposobów jak MOŻEMY Mu służyć.

Inspiracja:


niedziela, 9 marca 2014

Mocna i słaba wiara

Czasami o niektórych ludziach mówimy, że "mają mocną wiarę". Albo, że są "bardzo wierzący", lub też "głęboko wierzący". W Biblii, w 11 rozdziale listu do Hebrajczyków są opisani różni ludzie żyjący w czasach biblijnych, którzy mieli tak mocną wiarę w Boga, że zostali zaliczeni do elitarnego grona "bohaterów wiary".

Patrząc na to wszystko zacząłem rozkminiać:
- czy w ogóle wiarę (w całym tym poście słowo "wiara" będzie oznaczało wiarę w Boga) można jakoś ...zmierzyć? ...stopniować?
- czy można powiedzieć, że ktoś ma mocniejszą/silniejszą wiarę, a ktoś inny słabszą?
- jeśli tak, to skąd mogę wiedzieć jaką ja mam wiarę? Czy mogę ją jakoś... zmierzyć, albo sprawdzić?

Odpowiadając od razu na pierwsze i drugie pytanie: myślę, że tak. Ktoś może mieć mocną wiarę, ktoś inny słabszą. Nie można natomiast wiary dokładnie zmierzyć, czy opisać w sposób... matematyczny, tzn. nie można powiedzieć, że ktoś ma wiarę np. na 60%, ktoś inny na 30%, a jeszcze inny ma tak mocną wiarę, że niedługo dojdzie do 99%. Nie. W taki sposób nie można tego określać. Ale... podkreślam jeszcze raz: moim zdaniem można powiedzieć, że ktoś ma mocną wiarę, a ktoś inny słabszą.

Od czego więc zależy ta "siła wiary"? Jakieś pół roku temu słyszałem od pewnej osoby takie stwierdzenie, że osobie, która żyje z Bogiem, Pan Bóg błogosławi, ale raz na jakiś czas, Bóg może zrobić jej taki jakby egzamin, aby zobaczyć jak bardzo ta osoba Mu ufa. Czyli (tu już moje dopowiedzenie), aby poniekąd sprawdzić tę  "siłę jej wiary".

Kilka lat temu miałem okazję być na nabożeństwie (? nie wiem, czy u nich taka nazwa funkcjonuje, w każdym razie wiadomo o co chodzi) w zborze zielonoświątkowym. Podczas śpiewania pieśni (z 15 razy powtarzanym refrenem) ludzie stali, podnosili ręce, zamykali oczy... niektórzy w tym czasie ciszej, lub głośniej się modlili... patrząc na ich twarze i ogólnie na zachowanie widziałem, że na prawdę bardzo to przeżywają. Odniosłem wrażenie, że nie robią tego tak na pokaz, tylko szczerze w ten sposób wyrażają swoją relację z Bogiem.
W moim kościele (ewangelicko-augsburskim) wygląda to zupełnie inaczej. Ludzie siedzą, śpiewają ze śpiewnika. Nikt nie podnosi rąk, nikt nie mówi na głos "amen" co kilka minut. Ja zachowuję się tak samo.
Czy można powiedzieć, że osoba z takiego zboru zielonoświątkowego jest bardziej wierząca od osoby z takiej parafii ewangelickiej? - Może się okazać, że tak, ale niekoniecznie.

To, czy ktoś ma mocną wiarę, czy słabą okaże się, nie wtedy, gdy jest się pośród innych wierzących ludzi i razem uwielbiamy Boga, razem się modlimy, wspieramy itd. kiedy wszystko w życiu się pięknie układa, kiedy Bóg nam błogosławi.

Okaże się to wtedy, gdy Bóg zrobi taki "egzamin", tzn. kiedy np. wszyscy inni ludzie wierzący (albo np. chociaż najbliżsi przyjaciele) odejdą od Boga.. kiedy zejdą na "drogę tego świata"... Czy dalej będziesz się modlił i trwał w relacji z Bogiem? czy pójdziesz za nimi?
Co w sytuacji, gdy nagle nic nie będzie ci w życiu wychodzić? Kiedy długo nie będziesz mógł znaleźć pracy, albo przydarzy ci się jakieś nieszczęście? Czy dalej będziesz uwielbiał Boga, czy zaczniesz się zastanawiać nad tym, czy masz za co, Go uwielbiać?
Co, jeśli będziesz się długo o coś modlić, a nie będziesz widział żadnej odpowiedzi od Boga? Będziesz dalej wierzył, że Bóg słyszy każdą twoją modlitwę i chce twojego dobra? Czy może zaczniesz zastanawiać się nad sensem modlitwy?

A co, jeśli taki "egzamin" nie będzie trwał tydzień, tylko np. kilka miesięcy, albo nawet lat? Co, jeśli w twoim życiu nagle wszystko zacznie się walić? Przez pierwszy tydzień pomyślisz: ok, jest przecież napisane w Biblii "Błogosławiony mąż, który wytrwa w próbie (Jak 1:12)" więc muszę te parę dni wytrzymać i nie zachwiać się. A po 5 tygodniach nadal nic się nie będzie układać i pomyślisz, czy ma sens wciąż Bogu ufać?

Wtedy tak naprawdę okaże się jaką masz wiarę!
Chyba najlepszym przykładem wiary jest jak dla mnie historia Noego. Budował wielki statek (300 łokci, czyli około 150 metrów długości), gdy już go zrobił wprowadził tam po parze z każdego gatunku zwierząt, oraz (zapewne) olbrzymie ilości żywności. Jak długo cała ta akcja mogła trwać? Wyobrażam sobie, że na pewno co najmniej rok, a prawdopodobnie znacznie dłużej. Jak bardzo inni ludzie musieli się z niego śmiać? Tylko jego rodzina (żona i 3 synów z żonami) ufali Bogu. Było ich tylko 8, a cała reszta (wyobrażam sobie, że) się z nich śmiała. I nie trwało to dzień, czy dwa, tylko cały okres budowy arki. Mimo tego, nie przestał ufać Bogu. Nie przestał wierzyć.
To się nazywa wiara!

Nie wiem, czy gdy się modlił to podnosił ręce w górę, czy siedział ze skłoniętą głową? Nie wiem, czy śpiewając zamykał oczy i mówił głośno "amen", czy po prostu siedział. Nie wiem, czy w ogóle śpiewał Bogu. Ale fakt, że nie przestał wierzyć i ufać Bogu, mimo takich przeciwności jest dla mnie niesamowitym przykładem co znaczy mieć "mocną wiarę". I pewnie dlatego to Noe jest wymieniony w liście do Hebrajczyków jako bohater wiary, a nie np. Piotr, który chodził (chociaż przez chwilę) po wodzie, wyganiał demony, w imieniu wszystkich uczniów wyznał szczerze Jezusowi, że wierzy, że jest Mesjaszem... ale gdy tylko Jezus został pojmany i inni uczniowie uciekli, on zwątpił i zaparł się mówiąc, że nie zna Jezusa...

Nie sztuką jest ufać Bogu, gdy jesteśmy w grupie ludzi wierzących, wzajemnie się wspierających i wszystko nam się w życiu układa. Sztuką jest Mu ufać, gdy inni ludzie (nasi bliscy) schodzą na złą drogę, a w naszym życiu wszystko się wali. To jest właśnie "mocna wiara".

Inspiracja:
(youtube) Casting Crowns - Heroes - zachęcam do posłuchania i zwrócenia uwagi na te słowa.

środa, 5 marca 2014

Sens postu

Dzisiaj mamy tzw. środę popielcową (zwaną też dniem pokuty), a to oznacza, że:
- tłusty czwartek był prawie tydzień temu,
- skończył się karnawał.

A tak trochę poważniej, to oznacza to też, że:
- rozpoczął się czas pasyjny,
- zbliżają się święta wielkanocne,
- rozpoczęła się coroczna akcja 7bez,
- zaczął się post, na czas którego niektórzy ludzie starają się z czegoś zrezygnować (kawy, słodyczy, telewizji, itp.), po to, by w jakiś widoczny sposób "obchodzić post", a po Wielkanocy znowu powrócić do swoich zwyczajów (kawy, słodyczy, telewizji itp.).

W związku z tym rozkminiałem sobie jaki jest tak naprawdę sens postu? Po co przez te niespełna 7 tygodni powstrzymywać się od np. oglądania telewizji i denerwować się, że "chciałbym bardzo obejrzeć ten film, który leci wieczorem, no ale mam "7bez telewizora"... a niech to! że też akurat teraz musieli ten film puścić...".
Albo po co przechodzić koło cukierni ze strachem by tylko nie spojrzeć na ciasta z wystawy i nie dać się oprzeć pokusie wejścia i kupienia kilku cukierków?
Po co z niecierpliwością odliczać dni kiedy znowu będzie się mogło napić kawy?

Hmmm... a może wbrew pozorom w poście nie chodzi o to, żeby coś ze swojego życia usunąć, tylko coś dodać?
Może lepiej byłoby jeść kilka(naście) cukierków dziennie, a oprócz tego np. codziennie wieczorem czytać jeden psalm?
Może lepiej byłoby oglądać sobie spokojnie filmy i seriale telewizyjne, a oprócz tego starać się być bardziej uprzejmym i miłym wobec innych ludzi?
Może bardziej uwielbiałbym Boga, pijąc codziennie filiżankę kawy, a oprócz tego np. zapisał się do chóru parafialnego?

I może warto byłoby to robić stale, a nie tylko przez te niecałe 7 tygodni?
Może warto byłoby stale pamiętać i dziękować za śmierć Jezusa, Jego zmartwychwstanie i odpuszczenie grzechów, a nie tylko przez czas pasyjny?

Oczywiście jeżeli ma się jakiś zły nawyk np. palenie papierosów i chciałoby się to usunąć ze swojego życia, to post może być do tego dobrą okazją (w tym przypadku post może być usunięciem czegoś ze swojego życia, a nie dodaniem), ale niech to nie będzie tylko przez te niecałe 7 tygodni, tylko na stałe.

Czas pasyjny powinien być początkiem czegoś w naszym życiu, a nie początkiem i końcem.