sobota, 26 kwietnia 2014

Co jest złego w przeklinaniu?

- Co jest złego w tym, że ktoś przeklina?
- Co za różnica, czy używa się takich słów, czy innych aby porozumiewać się z innymi?
- Co sprawia, że jedne słowa są uznawane za wulgaryzmy, a inne nie?
O tym będzie ta rozkmina.

Zacznę od ostatniego pytania które postawiłem, tzn. "Co sprawia, że jedne słowa są uznawane za wulgaryzmy, a inne nie?". Od razu odpowiadam: nie mam pojęcia. Chyba po prostu tak się przyjęło w kulturze, że pewne słowa są niecenzuralne. Wszyscy (chyba) wiedzą jakie to słowa, ale nie wiem czemu akurat te, a nie inne.

Z odpowiedzią na pozostałe dwa pytania nie będzie tak prosto, ale spróbuję :)

Kiedy tak to rozkminiałem, rozróżniłem 4 rodzaje... a właściwie sytuacje w których się przeklina:
a) przeklinanie by kogoś obrazić (np. jak ktoś się z kimś kłóci, to aby... wzmocnić swój przekaz... używa wulgaryzmów)
b) przeklinanie w rozmowie z innymi, ale bez negatywnych zamiarów (np. gdy ktoś używa słowa na 'k' jako przecinka - chyba każdy zna jakąś osobę która tak mówi. Nie ma w tym złych zamiarów, nie mówi tak, by kogoś obrazić. Po prostu ma taki styl)
c) przeklinanie samemu do siebie, by uwolnić swoje emocje (np. gdy ktoś przybija gwoździe i uderzy się młotkiem w palec, to odruchowo używa wulgaryzmów. Albo po prostu, gdy coś komuś nie wyjdzie, coś się zepsuje itd. Po prostu taki odruch)
d) przeklinanie w myślach (podobne do sytuacji powyżej, ale po uderzeniu się młotkiem w palec, zamiast mówić 'brzydkie słowo' na głos, po prostu mówimy je sobie w myślach).

Ponieważ punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, myślę, że można to rozkminiać na 2 sposoby: z punktu widzenia czysto logicznego (etycznego) i z punktu widzenia chrześcijańskiego (na podstawie Biblii).

Najpierw rozkmina z punktu widzenia logiki.
Przeklinanie by kogoś obrazić jest... nieetyczne i... zazwyczaj nieskuteczne... a poza tym... po prostu brzydkie. W ogóle używanie niecenzuralnych słów w rozmowie z innymi ludźmi... Po prostu tak się przyjęło w naszej kulturze, że pewne słowa są wulgarne, a ponieważ używanie ich wcale nie jest niezbędne (wszystkie emocje da się wyrazić nie używając przekleństw), to uważam, że nie powinno się przeklinać.
Po co to robić? Pokazujemy tylko swój niski poziom kultury i (choć to dyskusyjne) złe wychowanie.
Jeśli natomiast musisz używać wulgaryzmów aby przekazać jakąś myśl, czy emocje, to... żal mi cię...

Z własnego doświadczenia powiem wam, że naprawdę da się żyć nie przeklinając. To jest po prostu kwestia przyzwyczajenia. Nie chodzi o to, że jak się uderzysz młotkiem w palec to masz nie mówić nic, ale można powiedzieć inne słowo, które jest cenzuralne, a efekt będzie taki sam: uwolnisz swoje emocje i dasz znać osobom będącym w pobliżu, że się uderzyłeś. Wystarczy powiedzieć np. "kuchnia", albo "jasny gwint", albo "cholera", albo "kurcze", albo "kurka wodna"... to jest naprawdę kwestia przyzwyczajenia...

Ale co do przeklinania w myślach, albo sytuacji, gdy jesteś gdzieś sam i jeśli powiesz jakieś słowo wulgarne to nikt cię nie usłyszy... hmm... jeśli przez to miałbyś sobie ulżyć... miałoby ci się zrobić lepiej jak sobie tak po cichu poprzeklinasz... to z logicznego punktu widzenia nie ma w tym nic złego.

Podsumowując:
Na podstawie logiki uważam, że nie powinno się używać przekleństw, gdy wokół są inni ludzie, gdyż jest to niekulturalne, a jeśli użyjemy innych słów efekt będzie ten sam. Natomiast jeśli nikt nas nie słyszy i miałoby nam przez to się zrobić lżej, to w przeklinaniu "samemu do siebie" nie widzę nic złego.

Teraz z punktu widzenia chrześcijanina.
Czy Biblia mówi coś o przeklinaniu? Oczywiście :)

"Niech żadne nieprzyzwoite słowo nie wychodzi z ust waszych, ale tylko dobre, które może budować, gdy zajdzie potrzeba, aby przyniosło błogosławieństwo tym, którzy go słuchają." Ef 4,29

Żadne nieprzyzwoite słowo nie może wyjść z naszych ust. Moim zdaniem jest to jasne i klarowne. Gdyby spojrzeć na te cztery rodzaje przeklinania które wypisałem wyżej, to punkty a), b) oraz c) można od razu skreślić.
Jednak co do punktu d), czyli przeklinania sobie w myślach - hm... w zasadzie jeśli to słowo nie wyjdzie z naszych ust, to na podstawie tego wersetu nie będzie w tym nic złego, ale...

"Wreszcie, bracia, myślcie tylko o tym, co prawdziwe, co poczciwe, co sprawiedliwe, co czyste, co miłe, co chwalebne, co jest cnotą i godne pochwały." Flp 4,8

No i tu się cały problem rozwiązuje, bo przeklinanie nie jest miłe, a mamy myśleć tylko o tym co jest miłe :)
Poza tym... modlisz się po cichu (w myślach), bo na głos się wstydzisz, albo mówisz, że nie umiesz, a chwilę później w tym samym mózgu klniesz jak szewc... no trochę to nie w porządku wobec Pana Boga, no nie?
Przeklinanie "samemu do siebie" w myślach absolutnie nie wchodzi w grę. Nie wolno.
Ale to też jest kwestia przyzwyczajenia. Jeśli nie masz nawyku przeklinania (albo raczej masz nawyk nieprzeklinania), to choćby nie wiem co się stało, nie przyjdzie ci na myśl żaden wulgaryzm. Serio!

Podsumowując:
Na podstawie Biblii uważam, że przeklinanie w każdej "formie" jest złe i naprawdę da się żyć bez przeklinania :)

Inspiracja:

wtorek, 22 kwietnia 2014

Wiara ślepa i wiara świadoma

Kolejna rozkmina na temat wiary (w całym poście słowo wiara będzie oznaczało wiarę w Boga).

Otóż zauważyłem, że są 2 sposoby wiary: ślepy i świadomy. Na czym to polega?

Człowiek ze ślepą wiarą mówi tak: "wierzę w Boga, wierzę Jego Słowu, to co jest w Biblii jest prawdą. Koniec. Kropka."

Natomiast człowiek z wiarą świadomą też wierzy, ale stara się wszystko ogarnąć, zrozumieć, spojrzeć krytycznie, zadawać trudne pytania, itd.

Gdy np. w telewizji będzie leciał program popularnonaukowy (np. na National Geographic) pt. "Bóg nie istnieje - naukowe dowody" to człowiek ze ślepą wiarą powie: "Nie będę tego oglądał, bo tam będą same bluźnierstwa, kłamstwa itd.", natomiast człowiek z wiarą świadomą powie: "Chętnie to obejrzę, by zobaczyć jakie argumenty mają ateiści i móc to skonfrontować z własnymi poglądami."

Nie dawno wszedł do kin film "Noe wybrany przez Boga". Wiele jest o nim opinii, że jest niezgodny z Biblią, jest krytykowany itd. Człowiek ze ślepą wiarą powie: "nie będę tego oglądał". Natomiast ze świadomą: "Chętnie zobaczę".

Gdy np. jakiś ateista będzie chciał podyskutować o sprawach wiary, to człowiek ze ślepą wiarą powie mu: "Jezus umarł za nasze grzechy, troszczy się o nas kocha nas, oddaj Mu swoje życie, a będziesz uwolniony. Nie obchodzi mnie co myślisz, masz tak zrobić. Ja tak wierzę, więc Ty zrób tak samo. Kropka." Natomiast człowiek z wiarą świadomą spróbuje wytłumaczyć dlaczego wierzy (sam to robiłem w pierwszej rozkminie), podyskutuje, wysłucha kontrargumentów itd.

Człowiek ze ślepą wiarą powie: "Świat został stworzony w 6 dni. Nie wiem jak to było, ale tak jest napisane w Biblii więc tak jest. Kropka. Potem był potop. Też nie wiem jak to jest możliwe, ale muszę wierzyć, że tak było, itd." A człowiek z wiarą świadomą spróbuje to samemu rozkminić: "Hmmmm.... ciekawe jak powstał wszechświat? Ciekawe jak wyglądał potop? Czy jakieś wykopaliska archeologiczne to potwierdzają? Jak można to wyjaśnić? itd."

Pozostaje pytanie: Która wiara jest lepsza? Ślepa czy świadoma?
Otóż powiem tak:

Moim zdaniem warto starać się by nasza wiara była jak najbardziej świadoma. Musimy jednak zaakceptować, że nie damy rady wszystkich zagadek odkryć i pewne rzeczy trzeba wziąć na 'ślepą wiarę'.

Czy człowiek wierzący może grać w gry komputerowe polegające na zabijaniu?

Ktoś mógłby powiedzieć: "No dobrze Dawid, skoro mówisz, że wierzysz w Boga, starasz się żyć zgodnie z Jego Słowem itd. to dlaczego grasz w gry komputerowe polegające na zabijaniu? Przecież jest jasno napisane w Biblii, że zabijanie to grzech. Dlaczego więc to robisz?"

I to byłoby bardzo dobre pytanie :-)
Ale już staram się wytłumaczyć. Moja mama nie akceptuje takiego wytłumaczenia, ale może ktoś z czytelników tego posta zgodzi się z moim tokiem rozumowania ;-)
Podzielę to na 2 części, bo mogę to uzasadnić na 2 sposoby.

Uzasadnienie numer 1
Grając w grę komputerową, zabijając przeciwnika, tak naprawdę nikomu nie dzieje się żadna krzywda. Nikt nie poniesie fizycznych ran. Nikt nie będzie miał blizn na ciele po grze komputerowej. Krótko mówiąc: grając w grę komputerową nikogo tak naprawdę nie zabijam!
Zdobywam tylko wirtualne (nic nie znaczące w rzeczywistym świecie) punkty. Jeśli np. gram z kolegą w gry komputerowe, to co za różnica czy strzelę mu gola grając w fifę, czy wyprzedzę go w wyścigu w Collin Mc Rally, czy zabiję go w CS'ie? Moim zdaniem nie ma żadnej różnicy. W każdym wypadku jest to tylko gra odbywająca się w wirtualnej rzeczywistości i nikomu nie dzieje się krzywda. Dlatego uważam, że 'zabijanie' w grach komputerowych nie jest niczym złym.

Uzasadnienie numer 2
Zabijanie w grach komputerowych jest złe, tak? A co za różnica czy gram w grę komputerową gdzie się zabija, czy oglądam w telewizji film, w którym do siebie strzelają? Razem z tatą (księdzem z zawodu :-P) oglądaliśmy chyba wszystkie części Jamesa Bonda. W każdym odcinku jest kilka(naście) strzelanin i wiele trupów. Czym różni się oglądanie takiego filmu od grania w grę komputerową?
Ktoś może powiedzieć: "No tak, ale w grze komputerowej to ty strzelasz, ty mordujesz, a oglądając film patrzysz jak robią to inni i ty nie musisz się z tym utożsamiać"
Na taki argument odpowiadam:
"A jeśli jestem kiepskim graczem i to ja ciągle ginę, a sam nie potrafię nikogo trafić i zabić? - to wtedy to nie jest złe, bo ja w zasadzie patrzę jak inni mnie zabijają, a sam nie zabijam - tak? Dopiero w momencie gdy sam kogoś zabiję to będzie złe?"

Poza tym... co jeśli będę któregoś dnia wkurzony? coś mi się nie udaje... jestem ogólnie zły. Czy lepiej żebym tą złość przenosił na osoby wokół? Krzyczał po innych i się denerwował? Czy może lepiej żebym sobie włączył grę komputerową i tam się wyżył na wirtualnych postaciach, zabijając je?

Muszę dodać jednak jeszcze jedną rzecz. Zgadzam się, że gry komputerowe mogą mieć zły wpływ na człowieka. Jeśli dla kogoś są zbyt uzależniające (o tym kiedy gry są uzależnieniem, a kiedy tylko rozrywką zrobię inną rozkminę), to zdecydowanie lepiej żeby taki człowiek w gry komputerowe nie grał. Podobnie w sytuacji, gdy ma problemy z odróżnieniem rzeczywistości wirtualnej od prawdziwej (np. prowadząc samochód zapomni, że nie gra już w GTA i zacznie jeździć po chodniku, lub co gorsza potrącać pieszych) to wtedy również lepiej nie grać w gry.
Jeżeli natomiast dla kogoś gry komputerowe są rozrywką, albo hobby, albo ćwiczeniem refleksu, albo po prostu okazją do miłej rywalizacji z przyjaciółmi, to bardzo zachęcam do rozsądnego korzystania z tego jakie możliwości daje nam XXI wiek :)

P.S. Bardzo polecam tę grę
http://ghost-recon.ubi.com/ghost-recon-phantoms/pl-PL/sign-up/
Gram od września ubiegłego roku i uważam, że jest rewelacyjna i w dodatku darmowa!!! Do zobaczenia na serwerze (mój nick - Crimson93)


poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Co myśmy zrobili?

Krótka refleksja po minionych świętach.

Niedawno włączyłem wieczorem telewizję i akurat leciała końcówka filmu "Pasja" Mela Gibsona. Widziałem już ten film kilka razy, ale jedna scena jakoś mnie mocno zastanowiła. Zaraz po śmierci Jezusa następuje trzęsienie ziemi (to jest zgodne z opisem w ewangeliach). W świątyni pęka podłoga, a zasłona oddzielająca miejsce najświętsze od reszty, spada.
I wtedy jest krótka scena, gdy trzęsienie ziemi już się skończyło i wchodzą tam kapłani. Ze strachem oglądają zniszczenia. Jeden z nich zaczyna płakać.


Jest to moment w którym zdali sobie sprawę, że ukrzyżowali Syna Bożego. Mesjasza. Nic nie mówią. Zastanawiałem się jednak co sobie wtedy pomyśleli? Rozkminiłem, że pomyśleli: "Co myśmy zrobili!?". Oczywiście jest to tylko film i swobodna wizja reżysera, ale myślę, że w rzeczywistości taka sytuacja mogła się wydarzyć. Możliwe, że tak to właśnie wyglądało...
"Co myśmy zrobili!? Ukrzyżowaliśmy Mesjasza. Tego na którego przyjście tak czekaliśmy. Znaliśmy doskonale wszystkie proroctwa o Nim. Dlaczego Go nie poznaliśmy? Co myśmy zrobili!?" - być może takie właśnie myśli chodziły po ich głowach.

Ale potem pomyślałem: chwila, przecież Jezus nie umarł tylko za ich grzechy, ale także za moje. Jest taka dość znana pieśń pasyjna, w której znajdują się takie słowa "To nie gwoździe Cię przybiły, lecz mój grzech. To nie ludzie Cię skrzywdzili, lecz mój grzech. To nie gwoździe Cię trzymały, lecz mój grzech...". W zasadzie ja również powinienem sobie pomyśleć to co tamci kapłani:

"Co ja zrobiłem!? To za moje grzechy Jezus cierpiał na krzyżu. On cierpiał zamiast mnie. Co ja zrobiłem!?"