- Skąd u ciebie tyle wiary w Boga?
- Bo kocham Boga. Nie mogę bez Niego żyć.
No tak, a niebo jest niebieskie bo... bo jest niebieskie... Czemu wierzysz w Boga? Bo tak - argument na wszystko.
I tak zacząłem sobie rozkminiać dlaczego ja wierzę w Boga? Czy dlatego, że od dzieciństwa wiele ludzi wokół mówiło mi, że trzeba iść przez życie z Bogiem, a ja odpowiedziałem: "no dobra nooo, spróbuję" i tak już zostało? Nie. Nie dlatego.
Dlaczego wierzę w Boga?
Bo pomyślałem. Co ja chcę w życiu osiągnąć? Jaki mam cel?
Żeby po prostu dobrze się bawić i "wyciągnąć z życia jak najwięcej"? Hmmmm... Telewizja, internet i jakby nie patrzeć, wielu ludzi wokół wmawia mi, że w życiu chodzi o to, żeby osiągnąć szeroko pojęty sukces. Że aby być zadowolonym z życia muszę zrobić wielką karierę. Że mogę oszukiwać innych o ile pozwoli mi to wzbogacić się i "wspiąć wyżej". Że im więcej mam kasy tym jestem fajniejszy, lepszy i szczęśliwszy. Że wszystkiego w życiu trzeba spróbować. Że jeśli nikogo nie zabiłem, nie okradłem (w taki dosłowny, bezpośredni sposób), dałem parę złotych na organizację charytatywną to jestem bardzo dobrym człowiekiem. Że jeśli skoczę na bungee, zbuduję dom, zasadzę drzewo i spłodzę syna to wtedy poczuję się spełniony i zadowolony z życia itd.
Ale pomyślałem: No dobra, załóżmy żebym to wszystko zrobił. Załóżmy, że zrobiłbym wielką karierę, miał mnóstwo pieniędzy, wielki dom, kochającą żonę i gromadkę dzieci. Załóżmy, że byłbym dobrym człowiekiem, przykładnym obywatelem. Załóżmy, że wszystko to mi się uda... Ale jak długo będzie trwało moje życie? 80 lat? 90? Gdy mam urodziny niektórzy życzą mi żebym dożył 100 lat. No załóżmy, że przeżyłbym 100 pięknych lat.
A co dalej? Prędzej czy później, czy mi się to podoba, czy nie moje życie się skończy. Co wtedy ze mną będzie? Co się ze mną stanie? Niektórzy mówią, że nie powinienem się tym teraz przejmować, bo jestem jeszcze młody, powinienem cieszyć się życiem, chwytać każdy dzień (YOLO i te sprawy...) itd. Ale mnie to jednak wciąż nurtuje...
Czy po śmierci mój mózg po prostu zostanie wyłączony (tak jak na czas snu, tylko tym razem na zawsze) i nic nie będę czuł, o niczym nie będę myślał, po prostu zostanę unicestwiony? - no, jakaś logika w tym jest. Ale inne propozycje są ciekawsze i lepsze :)
Czy może powrócę na świat w innej postaci? kota, psa, nowego człowieka, czy coś takiego? - hmmm... czyli będę się starał wzbogacić, będę ciężko pracował itd. a potem umrę, urodzę się i znowu będę musiał harować od początku? o nie... Gdybym wrócił na świat w postaci leniwca to jeszcze luz, ale co, jeśli urodzę się jako świnia, albo jakiś owad? Kiepska sprawa... nie podoba mi się taki pogląd.
A może po śmierci będą 2 opcje? Niebo, lub piekło? Może życie ma jakiś głębszy sens niż tylko zrobić karierę i mieć jak najwięcej kasy? Może nasz świat nie powstał przez przypadek (po prostu tak się atomy poskładały - nic nadzwyczajnego)? Może istnieje Wielki, potężny Bóg, który to wszystko stworzył? Może On daje mi pewną propozycję? daje mi możliwość, że gdy moje ziemskie życie się skończy, będę mógł być razem z Nim w miejscu tak wspaniałym, że teraz nie potrafię sobie tego nawet wyobrazić? - hm... interesujące...
Pytam: Co muszę zrobić by się tam dostać? Po ile są bilety? może być nawet miejsce stojące... - i co się okazuje? Nie ma żadnych biletów. Wystarczy szczerze uwierzyć i przyjąć Boga do swojego serca.
Rozkminiam: Czy nie byłoby fajnie żyć z taką wiarą, że po śmierci czeka mnie życie o wiele lepsze niż tu na ziemi? i nie będzie ono trwało 80, czy 100 lat, tylko wieczność!!! - Super, no nie? to jest według mnie najlepsza perspektywa. Wiara w to, że moje życie nie skończy się na ziemi, tylko czekam na coś o wiele lepszego, wiecznego - to jest opcja którą wybieram :)
Inspiracja:
(youtube) Co stanie się po śmierci?
A co to znaczy szczerze uwierzyć i przyjąć Boga do swojego serca? - hmmm... to jest temat na inną rozkminę ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz