Gdy ktoś mówi: "chodzę do kościoła" to z reguły uważamy taką osobę za wierzącą, natomiast gdy ktoś mówi, że nie chodzi do kościoła to jego "poziom pobożności" spada w naszych oczach?
A co na ten temat myśli Pan Bóg? Może wyobrażamy sobie, że gdy kiedyś staniemy przed nim na Sądzie Ostatecznym i On spyta nas: "chodziłeś do kościoła?" a my odpowiemy z dumą: "tak!" to zdobędziemy wielkiego plusa, a jeśli będziemy musieli powiedzieć: "nie..." to minusa?
Hmmmm... a co by było gdyby Bóg nie zapytał: "CZY chodziłeś do kościoła?", tylko: "PO CO chodziłeś do kościoła?"
- yyy... bo ksiądz kazał
- bo myślałem, że Ty, Boże to docenisz
- bo tak mnie rodzice nauczyli
- bo cała rodzina szła, więc szedłem z nimi
- bo nie chciałem, żeby znajomi widzieli, że nie chodzę
- bo to tak ładnie, pobożnie brzmi: "chodzę do kościoła!"
- bo myślałem, że tak trzeba
A może ktoś odpowiedziałby bardzo pobożnie:
- żeby słuchać Słowa Bożego
yyy... serio?... W każdą niedzielę rano nachodziła cię myśl: "ależ mam ochotę dzisiaj posłuchać kazania! na pewno dowiem się czegoś nowego, ciekawego na temat Boga, może poznam jakieś praktyczne rady jak mam żyć w codziennym życiu by się Bogu podobać... pośpiewam pieśni na chwałę Boga! będzie super! Idę do kościoła!" - ...serio???
Być może czasami ktoś ma takie nastawienie, ale nie wierzę, że w każdą niedzielę w roku tak jest (a w okresie adwentowym i pasyjnym częściej).
Raczej stawiałbym na: "Dzisiaj jest niedziela. Trzeba iść do kościoła. Idę."
I nawet jeśli przez cały czas będziemy tam siedzieć i rozmyślać o niebieskich migdałkach to nasze sumienie będzie spokojne, bo przecież "byliśmy w kościele!", a inni ludzie (którzy nie znają naszych myśli) wyrobią sobie o nas dobre zdanie.
Czy owo "chodzenie do kościoła" dla samego faktu, że się tam chodzi ma jakikolwiek sens? Czy podświadomie nie zaczynamy tego traktować jako dobrego uczynku którym zasłużymy sobie na Boże błogosławieństwo i/lub zbawienie?
Ale wobec tego, jeśli danej niedzieli kompletnie nie mam ochoty tam iść to mogę po prostu zostać w domu, czy też powinienem mimo wszystko się zmusić z nadzieją, że może akurat coś do mnie trafi?
Hmmm... Myślę, że mimo wszystko warto iść. Najbardziej poruszające nas słowa przychodzą zwykle niespodziewanie (przynajmniej w moim życiu tak jest). Poza tym, niech potem nikt nie narzeka, że Bóg nic do niego nie mówi, skoro pozbawia Go świetnej okazji by poruszył jego serce.
- wysłuchać rozważania jakiegoś fragmentu Biblijnego
- razem z innymi ludźmi uwielbiać Boga poprzez np. śpiewanie pieśni
- przystępować do spowiedzi i komunii św.
I chyba z takim nastawieniem powinniśmy tam chodzić.
Jeśli szczerze wierzymy w Boga to chęć poznawania Biblii, uwielbiania Go i wyznawania swoich grzechów powinna sama wypływać z naszej wiary, a nie być przykrym obowiązkiem, do którego musimy się przymuszać.
Pojawia się jednak pytanie co zrobić w sytuacji, gdy forma nabożeństwa w naszym kościele jest wybitnie zniechęcająca, tzn. np. kazania są nudne... i ogólnie kiepskie, przez co mimo naszych najszczerszych chęci nic nam one nie dają, a śpiew jest tak wolny, a słowa pieśni tak archaiczne, że sami do końca nie wiemy o czym śpiewamy, natomiast komunia jest 2 razy w roku... czy w takiej sytuacji powinienem mimo wszystko co niedzielę chodzić do tego samego miejsca w którym zostałem ochrzczony i (w przypadku wyznania ewangelickiego) konfirmowany? czy też mam prawo
poszukać innego zboru, w którym lepiej będę mógł budować swoją wiarę, lub zostawać w domu i starać się samemu rozważać Boże Słowo, modlić itd.?
Cóż, uważam (przypominam, że cały ten post i ogólnie cały ten blog wyraża moje osobiste zdanie, którego nikomu nie chcę narzucać, ani nie upieram się, że nigdy swoich poglądów nie zmienię) że w takiej sytuacji trzeba:
a) Po pierwsze: modlić się o swój kościół:
- o mądrość dla księdza, który głosi Słowo Boże i wybiera pieśni
- o zdolności dla organisty, żeby potrafił dobrze "pociągnąć" śpiew
- o ludzi, by chcieli się zaangażować w zmianę formy
- o kościół, by "stale się reformował".
b) Po drugie: zaproponować zmiany. Gdy coś nam się nie podoba, to najłatwiej jest się odczepić i pójść gdzie indziej, jednak sztuka odpowiedzialności polega na tym, by jeśli zależy nam na naszym kościele (a chyba powinno) to starać się pomóc mu się zmieniać. Być może wystarczy podejść do księdza i zaproponować jakieś inne pieśni, albo inną formę liturgii. A może zaproponować by od czasu do czasu robić nabożeństwa młodzieżowe? Myślisz, że to i tak nic nie da? Od czegoś trzeba zacząć, a jeśli będzie to połączone z modlitwą to pamiętaj, że Bóg potrafi czynić cuda :)
c) Po trzecie: sam się włącz w te zmiany. Pokaż (Bogu, księdzu, innym ludziom i sobie), że ci zależy. Jeśli zaproponowałeś nabożeństwo młodzieżowe to sam się w to zaangażuj. Nie bądź osobą która tylko rzuca pomysłami które inni powinni zrealizować (takich ludzi jest zawsze zbyt wielu), tylko sam poświęć swój czas i siły w służbie dla kościoła. Pokaż, że ci zależy.
A co w sytuacji, gdyby kiedyś Kościół zszedł na złą drogą i głosił nauki niezgodne z Biblią (np. w Szwecji z tego co mi wiadomo, w kościele mówią, że homoseksualizm nie jest niczym złym i biskupem jest lesbijka)? Przecież w takiej sytuacji jeden, zwykły, szary człowiek nic nie zdziała...
Cóż... obym nigdy w takiej sytuacji się nie znalazł, ale w razie gdyby, to... wtedy (przypominam jeszcze raz, że to moje osobiste rozkminy) trzeba się rozejrzeć za innym kościołem (nigdy nie przestając się modlić o ten dotychczasowy), w którym będzie zwiastowane Słowo Boże zgodnie z naszym przekonaniem. Wierzę, że do końca świata takie zbory będą istnieć. Bóg nie zostawi nikogo w samotności.
Inspiracja:
"Pilnuj swoich kroków, gdy idziesz do domu Bożego, i nastaw się na słuchanie, gdyż jest to lepsze niż ofiary składane przez głupich" Kazn Sal 4,17a
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz